A skull full of basketball maggots
RSS
piątek, 07 września 2012
Futbol pójdzie do szkoły?

Fot. Wvyouthinaction.org

Euro-American Challenge, druga wielka impreza futbolu amerykańskiego na Stadionie Narodowym, zorganizowana została pod hasłem „Powrót do szkoły”. Na trybunach usiadło ponad 25 tys. ludzi i, nie analizując szczegółów, można uznać imprezę za udaną.

Kończy się lato, w którym o futbolu w Polsce było dość głośno. Kilkadziesiąt tysięcy osób na dwóch imprezach na Narodowym robi wrażenie, determinacja i umiejętność wepchnięcia się do mediów Warsaw Eagles oraz PZFA zasługują na szacunek. Mecze czołowych drużyn, z Superfinałem na czele, można było oglądać z przyjemnością.

Ale co dalej?

Trudno wyobrazić sobie, by na największych polskich stadionach futbol pojawiał się teraz regularnie, co kilka tygodni. Trudno spodziewać się, by efekt nowości trwał wiecznie. Trudno uznać futbol za dyscyplinę, która raptem zdystansuje inne, te bardziej tradycyjne dla Polaków.

Futbol, choć rozwija się szybko i prężnie, wciąż jest niszowym sportem, w który gra po pracy lub po szkole kilka tysięcy pasjonatów, amatorów.

Długi cytat z rozmowy z Tobym Hesterem, guru marketingu sportowego, którą przeprowadziłem w 2010 roku:

Przeniosłem się do brytyjskiej ligi futbolu amerykańskiego, która wówczas cieszyła się sporą popularnością - mieliśmy 500 drużyn, raz do roku przyjeżdżały do nas zespoły NFL na mecze pokazowe. Ale po kilku latach brytyjska liga się rozwiązała, teraz mamy może 100 klubów. NFL wciąż przyjeżdża, ale nie budzi już takiego zainteresowania. Dlaczego? Bo Brytyjczycy nie mają już potrzeby oglądania futbolu amerykańskiego. W latach 80. ta dyscyplina budziła duże zaciekawienie, bo była czymś nowym, wyjątkowym - jak cyrk, który raz na jakiś czas przyjeżdża do miasta. To nie było zainteresowanie, które opierało się na wewnętrznej potrzebie konsumenta do oglądania futbolu amerykańskiego. Brakowało podstawy, naturalnego zainteresowania sportem. Mamy wskazówkę numer dwa.

Spójrzmy na piłkę nożną w USA - na przełomie lat 70. i 80. próbowano popularyzować ten sport za pomocą ligi zawodowej, do której ściągano gwiazdy - Pelego, Franza Beckenbauera, Johana Cruyffa, George'a Besta. Na dłuższą metę piłka nie mogła jednak konkurować z wielką czwórką - baseballem, futbolem amerykańskim, koszykówką i hokejem. Zrobiono więc krok wstecz, cofnięto się do szkół i teraz piłka nożna jest najbardziej powszechnie uprawianym sportem w USA - młodzież gra w drużynach szkolnych, a starsi traktują ją jako rekreację. Każde kolejne pokolenie będzie coraz bardziej zainteresowane tą dyscypliną, na mistrzostwach świata amerykańskie grupy kibiców już należą do największych.

Wracając do pańskiego pytania - nie wiem nic o koszykówce w Polsce, ale gdybym był nawet szefem federacji, to i tak zacząłbym od kompleksowych badań. Chciałbym wiedzieć, ile boisk do koszykówki jest w miastach, ile szkół ma swoje drużyny, czego oczekują od meczów koszykówki potencjalni kibice. Chciałbym zidentyfikować bazę, na której można budować popularność. Posiadanie jednego zawodnika w NBA jest fajne, ale nie sprawi, że ludzie zaczną szukać koszykarskich transmisji w telewizji. Trzeba zacząć od chodzenia do szkół - koszykarze mogą rozdawać sprzęt, bilety na mecze, pokazywać dzieciom, że koszykówka jest fajna, a trenerzy mogą prowadzić specjalistyczne zajęcia ze studentami sportowych uczelni, pomagając zrozumieć grę. Mamy wskazówkę numer trzy.

To wszystko może być podstawą do budowania popularności, ale efekty będzie można zobaczyć dopiero za pięć, może nawet dziesięć lat.

Reasumując: gdy efekt nowości wygaśnie, popularność dyscypliny, w tym przypadku futbolu, trzeba budować poprzez wejście do szkół.

I PZFA z klubami chce to robić. Niebawem powstanie podręcznik, który związek pisze na podstawie wytycznych z międzynarodowej federacji. Przedstawiciele PZFA i klubów zamierzają odwiedzać gimnazja i zachęcać nauczycieli do prowadzenia zajęć z futbolu w ramach godzin pozalekcyjnych. Nie chcą namawiać dyrektorów, narzucać czegoś odgórnie, tylko zarażać nauczycieli, liczyć, że sami zainteresują się futbolem i, z pomocą podręcznika, poprowadzą zajęcia. Futbolu flagowego, czyli lżejszej wersji sportu, na początek.

Gimnazja są idealne, bo są w nich potencjalni juniorzy – w futbolu są to gracze 14-17-letni, dla których zresztą, w pierwszy weekend września, zorganizowano w Bielawie pierwszy turniej. Wystąpiły cztery drużyny wzmocnione graczami z innych miast, w sumie w szkoleniu i w zawodach udział wzięło 83 zawodników.

Są plany, by w 2014 roku jednym z kryteriów, na podstawie których kluby będą dopuszczane go gry w PLFA, było posiadanie drużyny juniorskiej. Przygotowania już trwają – związek zorganizował np. dostawę młodzieżowego sprzętu (używanego, ale w dobrym stanie). 400 kompletów znanej firmy Riddell podobno płyną już w kontenerze z USA.

Prezes związku Jędrzej Stęszewski, którego podpytywałem o wejście futbolu do szkół, zwraca jednak uwagę, że wielką rolę w tym rozwoju będą odgrywać kluby. One same dopiero się rozwijają, wymagają działań wielu osób, ale jednak funkcjonują w danych miastach, okolicach szkół itp. Co robią najlepsi na moim podwórku Warsaw Eagles? Menedżer klubu Jacek Śledziński:

Jesteśmy na etapie rozmawiania z konkretnymi szkołami i myślę, że już na jesieni, a jeśli nie, to na wiosnę, projekt, koordynowany z innymi klubami w Polsce, ruszy.

Na naszych treningach pojawiają się coraz młodsi gracze, mamy już 12-13-latków, którzy chcą trenować futbol amerykański. My, jako Eagles, mamy juniorską drużynę, która zresztą wygrała turniej w Bielawie. Gra w niej około 20 zawodników.

W projekcie szkolnym nie chodzi nam o futbol w ramach godzin wf, bo to trzeba byłoby uzgadniać z ministerstwem. Interesują nas zajęcia pozalekcyjne w szkołach, które – jako Eagles – objęlibyśmy patronatem. Nasi zawodnicy byliby tam trenerami, szkoły miałyby swoje drużyny, które mogłyby rywalizować w formie turniejów czy miniligi w futbolu flagowym.

Rozmawiamy ze szkołami na Bemowie, jest zainteresowanie na Żoliborzu. Konkretnych przykładów nie podam, bo wiążących ustaleń nie ma, ale zainteresowanie i zielone światła są.

Czy Waszym zdaniem futbol pójdzie do szkoły? 

niedziela, 02 września 2012
Jak polubiłem Legię drugoligową

Wyboru nie ma - po upadku Polonii i Politechniki można albo przestać pisać o koszykówce w Warszawie, albo zainteresować się Legią. Trzecioligową, ale jednak najlepszą, jeśli chodzi o męskiego kosza w stolicy. A że z wakacji wróciłem z werwą do pracy, to wyzwanie podjąłem - w sobotę wieczorem pojechałem do Pomiechówka, żeby obejrzeć pierwszy sparing drużyny Piotra Bakuna z czwartoligowym Sokołem Ostrów Maz.

Tak, nie mylicie się. W sobotę wieczorem. Do Pomiechówka. Na sparing. Trzecioligowej Legii. Z czwartoligowym Sokołem.

Fot. Gacek/Legioniści.com

Legia wygrała 73:62, relację przeczytacie na Warszawa.sport.pl. Ale zanim opiszę kilka swoich spostrzeżeń dotyczących sparingu, proponuję szerszy kontekst.

Legia, najlepsza drużyna w Warszawie, to amatorska zbieranina złożona z anonimowych graczy, której przyszłość jest palcem na wodzie pisana. I nie piszę tego ze złośliwości - nie odmawiając zaangażowania Zielonym Kanonierom, czyli stowarzyszeniu, które stara się przywrócić Legii dawny blask, nie deprecjonując pracy trenerów i zawodników trenujących i grających za darmo, piszę po prostu o tym, jak jest.

Legia jest amatorska - żaden z zawodników nie dostaje pieniędzy, choć jest ponoć ustalenie, że jeśli stowarzyszenie pozyska jakieś środki, to koszykarze coś dostaną. Stypendium? Zwrot kosztów dojazdu? Jednorazowe kilkaset złotych? Nie wiem, być może nic. Na razie bezpieczne i uprawnione jest stwierdzenie, że Legii bliżej do studenckiego AZS UW, w którym miałem zaszczyt grać. Zresztą jako zmiennik jednego z dzisiejszych rozgrywających Legii...

Legia jest zbieraniną - na treningi przychodzą chętni, którzy mieszkają w Warszawie i chcą grać w koszykówkę. Jest oczywiście trzon, który gra ze sobą od kilku lat, ale są też gracze, którzy doszli w trakcie poprzedniego sezonu (bo np. wrócili po kontuzji) lub przychodzą teraz na treningi. Są też tacy, którzy grali, ale przestali, bo nie pozwala im na to praca. Na wtorkowych zajęciach na Bemowie było 17 graczy. Kilku nie znałem, ale - jak się okazało - nie tylko ja. Nawet zawodnicy i ludzie ze stowarzyszenia nie potrafili mi powiedzieć jak się nazywa jeden z koszykarzy i gdzie ostatnio grał...

Gracze Legii są anonimowi. Pytanie do czytelników spoza Warszawy, a może i do niektórych z niej - ilu z tych graczy kojarzycie: Tomasz Rudko (14), Marcin Nędzi (11), Marcin Chojecki (9), Tomasz Jaremkiewicz (8), Piotr Nawrot (8), Michał Świderski (6), Łukasz Zajączkowski (6), Rafał Piesio (4), Bartłomiej Błaszczyk (4), Jan Pawlak (2), Rafał Holnicki-Szulc (1), Michał Adamski (0), Miłosz Warecki (0), Paweł Podobas (-). W nawiasach liczba punktów z Sokołem, ale to Wam raczej nie pomoże...

Przyszłość Legii jest palcem na wodzie pisana - w połowie tygodnia prezes stowarzyszenia Roman Podobas mówił mi, że choć z kilkoma firmami Legia jest umówiena, a współpraca z Waryński Trade w minionym sezonie była udana i jest spora szansa na jej przedłużenie, to na papierze żadnych ustaleń nie ma. Dotacja z miasta - 40,6 tys. złotych - wystarczy na pokrycie części wydatków. Dlatego cały czas trwa akcja skierowana do kibiców - "Nie skąp grosza na kosza"...

Mam wrażenie jednak, że jest wśród tych legionistów (Zielonych Kanonierów, trenerów Piotra Bakuna i Roberta Chabelskiego oraz zawodników) jest poczucie jakiejś misji. U jednych większe, u drugich mniejsze, ale widoczna jest chęć, by potęgę Legii odradzać, by po awansie do II ligi próbować pójść za ciosem. Tu zwiążemy sznurkiem, tu zalepimy dziurę gumą do żucia, tu pomoże nam Rafał Bochenek, nasz były gracz, a obecnie kierownik obiektu w Pomiechówku, i pójdziemy do przodu. W II lidze takie pospolite ruszenie nie razi tak, jak w ekstraklasie. Odwrotnie - wzbudza szacunek.

I ja tego szacunku do koszykarskiej Legii nabrałem. Niezależnie od tego, jaka ta Legia jest. Ściskam za nią kciuki!

A teraz kilka zapowiadanych spostrzeżeń:

Największe zaskoczenie: Piotr Bakun. Trener znany m.in. z tego, że jako wychowawca młodzieży w Polonii lubił kląć, krzyczeć, bluzgać, wrzeszczeć itd. Ale, nie uwierzycie, teraz jest spokojny! We wtorek na treningu jego najmocniejszym stwierdzeniem było "biegacie jak stado bawołów", w sobotę na sparingu słyszałem jak mówi do zawodników używając słowa "proszę".

Trenerze, pytam po meczu Bakuna, co się stało, że pan jest taki spokojny?

Człowiek się starzeje... I przez lata się uczy. Byłem na wielu dużych imprezach, obserwowałem wielu dobrych trenerów, rozmawiałem z nimi. Spotkałem się np. ze Svetislavem Pesiciem, to bardzo fajny facet. Pytałem go o różne rzeczy, a on mi wytłumaczył, że człowiek zdenerwowany, to człowiek słaby. Im chłodniejsza głowa, tym lepiej. Choć nie sądzę, żebym wytrzymał w takim spokoju przez cały sezon...

Słabo? I na dodatek - wiem, to tylko sparing drużyn z nizin, ale dwa razy po czasach Bakuna legioniści zagrali to, co ustalili i zdobyli punkty. Trener był zadowolony.

Najlepszy rozgrywający Legii: Łukasz Zajączkowski. Liczyłem, że z lepszej strony pokażą się Rafałowie - Piesio lub Holnicki-Szulc, bo wtedy nie byłbym posądzany o znajomości z "Zającem", którego zmiennikiem byłem w AZS UW. Ale to on gra na tyle solidnie w obronie i w ataku, i - przede wszystkim - wprowadza spokój na boisku, że werdykt nie może być inny. Piesio jest bardzo aktywny w obronie, świetnie nęka rywali, ale gorzej rzuca i rozgrywa atak pozycyjny. Holnicki-Szulc jest świetny w kontrze, jego podania są błyskotliwe, ale rzutem z dystansu nie straszy w ogóle, no i to on rozgrywał, kiedy Sokół wyszedł na prowadzenie.

Najlepsza piątka: Zajączkowski, Jaremkiewicz, Rudko, Chojecki, Nędzi. Bakun rozpoczął składem Piesio, Jaremkiewicz, Nawrot, Chojecki, Nędzi, a w trzeciej kwarcie zaczął z Zajączkowskim i Świderskim jako rzucającym. Ja zdecydowałbym się na nieco inny skład, ale nie bierzcie sobie tego do serca - piszę to po ledwie jednym sparingu. A na dodatek wystawiłem dwóch wysokich skrzydłowych - Rudko i Chojeckiego. Z drugiej strony - niski skrzydłowy Nawrot grał nerwowo i skakał sobie do oczu z jednym z rywali.

Na plus zaskoczył mnie środkowy Nędzi - chudy i na pierwszy rzut oka nieporadny zawodnik, który ostatnio grał w SKK Siedlce. Co trzeba jednak łapał i dobijał, miał 12 zbiórek. No i trzymał się fizycznie w przeciwieństwie do Bartłomieja Błaszczyka, który, owszem, stara się i chce, ale jest po prostu za gruby. "Sagan" pod koszem jest mało przydatny, ale ma za to pewną rękę zza linii rzutów wolnych. I nieźle podaje.

Najładniejszy moment: przejazd przez most nad Narwią w Nowym Dworze Maz. Normalnie myślałem, że się zatrzymam i będę robił zdjęcia! Przede mną mazowiecka wieś z łąkami, wioskami, drzewami i wszystkim, co kojarzy się z sielanką, a za mną zachód słońca, niebo pomarańczowo-czerwone. No i Twierdza Modlin nad rzeką. Naprawdę niezła akcja.

Najlepszy zawodnik meczu: Piotr Barszcz. Rzucająco-skrzydłowy z zadatkami na dużego rozgrywającego lub niskiego środkowego to taki człowiek-orkiestra z Sokoła. Nie liczyłem jego punktów, ale w III lidze rzuca ponoć średnio po 30. Wierzę. Trójka z odejścia nad wyciągniętymi rękami Jaremkiewicza w ostatniej sekundzie trzeciej kwarty? Siedzi. Wsad w kontrze, kiedy pogubiła się drużyna Legii? Solidny. Do tego sporo punktów w różnych sytuacjach, endłany i inne zaskakujące trafienia.

Najlepszy zawodnik Legii: Marcin Chojecki. I niech ten wybór będzie dowodem na to, że ten zespół jest wyrównany i nikt się nie wybija. Najwięcej punktów rzucił Rudko, Zajączkowski ustawiał, Nędzi zbierał, Nawrot podrywał, a Jaremkiewicz i Świderski oddawali rzuty, ale to Chojecki - ksywa "Shrek" - dobrze grał w obronie, przechwytywał piłki i trafiał pod drugim koszem w momencie, kiedy Legia przegrywała w trzeciej kwarcie. Dlatego wyróżniam jego.

Największy zakład: o Johnnie Walkera. Jeden zawodnik założył się z drugim o statystyki, które będzie miał w meczu. Problem nr 1: Nikt ich, poza zainteresowanymi, nie liczył. Problem nr 2: No, niby liczyłem ja, ale pojawiły się różnice w interpretacji asyst. Problem nr 3: Ostatecznie nie wiem, kto zakład wygrał.

Najważniejsze pytanie: ile wytrzymam, relacjonując trzecią ligę?

Superfinał był znacznie ciekawszy

Sobotnie popołudnie spędziłem na Stadionie Narodowym, gdzie w Euro-American Challenge drużyna USA pokonała zespół Europy 34:7. Od meczu o wiele ciekawsze było jednak przechadzanie się wśród kibiców, by dowiedzieć się, co przyciągnęło ich na to wydarzenie.

25 tys. osób, które według organizatorów zjawiło się na trybunach, to liczba nieoficjalna - w najbliższym czasie do wiadomości podana zostanie zapewne bardziej precyzyjna. Nie należy jej jednak w żadnym wypadku utożsamiać z liczbą kibiców, którzy wytrwali na stadionie do końca meczu. Tak, jak na lipcowym Superfinale, tak i teraz wiele osób opuszczało trybuny już w przerwie.

I jakkolwiek nie chcę się wypowiadać za ponad 20 tys. osób, tak sam, w swoim imieniu, spokojnie mogę stwierdzić: na boisku było nudno. A w każdym razie dużo mniej interesująco niż podczas starcia Seahawks Gdynia z Warsaw Eagles.

Ameryki - ani Europy - nie odkryję. W Superfinale były emocje, w sobotę - ani trochę. W lipcu wiele osób wiedziało, komu kibicować, we wrześniu - dezorientacja. Futboliści Seahawks i Eagles byli mniej lub bardziej, ale jednak znani, zbieraniny z USA i Europy składały się z wielu anonimowych zawodników. Nawet dla fanów futbolu.

Innymi słowy - Superfinał był zaciętym meczem o stawkę, w którym obie drużyny miały swoich kibiców. Seahawks przeważali od początku, ale Eagles walczyli, do końca starali się dogonić lepszych rywali.  Były widowiskowe akcje. W Euro-American Challenge przypadkowe zespoły grały o nic i nie miały swoich kibiców. Po pierwszej kwarcie było 0:0, pierwsze punkty padły po kilkunastu minutach, a druga połowa to była demolka.

Ja wyszedłem - przed czasem, bo spieszyłem się, co za kontrast, do Pomiechówka na sparing koszykarzy Legii - rozczarowany.

Ale żeby było jasne - rozczarowany tym, co działo się na boisku w porównaniu do Superfinału. Jeśli jednak chodzi o imprezę przed stadionem, to tam było lepiej niż przed meczem Seahawks - Eagles. Większa liczba atrakcji, przede wszystkim dla dzieci, przełożyła się na większe tłumy i koloryt, a to zawsze dodaje imprezie uroku.

Zatem, w uproszczeniu, jeśli sport, to Superfinał, a jeśli impreza, to Euro-American Challenge. Co Wy wybieracie?

czwartek, 30 sierpnia 2012
Babatunde Aiyegbusi, czyli kogo obserwować na Narodowym

Miałem inny pomysł na notkę przed sobotnim Euro-American Challenge na Stadionie Narodowym, ale się wstrzymam, on nie ucieknie. Przed kolejnym futbolowym show w Warszawie czuję ogromną potrzebę napisania o tym zawodniku:

Nazywam się Babatunde Aiyegbusi, w skrócie można mówić na mnie Babs, tak zdrobniale.

Babs? Nie, dziękuję. Zdrobnienie to tego pana jakoś za bardzo mi nie pasuje.

Mój tata jest Nigeryjczykiem, mama jest Polką. Od urodzenia mieszkam w Polsce. Mam 24 lata, 206 centymetrów wzrostu, a po zakończeniu sezonu zrzuciłem dyszkę, więc teraz ważę 140 kilogramów. Chuderlaczek.


Futbolista Giants Wrocław, który w sobotę będzie jednym z 20 Polaków w reprezentacji Europy, był obecny na czwartkowej konferencji prasowej. Po zakończeniu jej głównej części przepytywaliśmy go w gronie kilku dziennikarzy. Bardzo fajny gość!

Na co dzień pracuję w ochronie w ogólnokrajowej firmie. Prowadzę swoje życie, futbol jest dla mnie pasją, czymś dodatkowym. Jeśli okazałoby się, że w związku z sobotnim meczem pojawia się dla mnie jakaś inna opcja na totalne związanie się z futbolem, to jak najbardziej bym to poszedł, bo kocham grać w futbol. Ale nie traktuję tego meczu, jako szansy.

Mam 24 lata, w futbol gram od siedmiu. Dlaczego zacząłem? Przypadkiem zostałem zaproszony na trening i okazało się, że po kilku pierwszych ćwiczeniach radzę sobie lepiej niż koledzy, którzy trenują o wiele dłużej. Wcześniej grałem cztery lata w kosza w Śląsku Wrocław i zawsze jako pierwszy schodziłem z boiska za pięć przewinień. Zawsze trener, Paweł Turkiewicz, krzyczał do mnie z ławki, żebym się uspokoił, bo jako pierwszy kończyłem mecz. A tu się okazało, że każą mi uderzyć gościa i go powalić. Stwierdziłem, że to coś dla mnie.

Jestem liniowym ofensywnym, gram po lewej stronie. To dość istotna pozycja na boisku futbolowym, bo większość rozgrywających jest praworęczna i, cofając się, odwraca się w prawą stronę. Lewej wtedy nie widzi, nie kontroluje. Polega wtedy całkowicie na mnie.

Jeden z kolegów zapytał Babatunde o to, w czym futbol jest lepszy niż piłka nożna.

We wszystkim. Dla mnie sport, w którym nie ma kontaktu - taki jak siatkówka czy piłka nożna - mnie nie interesuje. My gramy do końca, cały czas, nie udajemy. Jak ktoś zaczyna udawać - odpada, bo osłabia drużynę. Futbol to taktyka, umiejętności, kondycja.

Cóż, polemizować można, ale ja nie zamierzam. Cieszę się, że poznałem kolejnego wyrazistego polskiego futbolistę. Chciałbym, żeby Giants zagrali w przyszłym sezonie w Toplidze. No i, rzecz jasna, mam nadzieję, że w sobotnim spotkaniu Aiyegbusi skutecznie będzie bronił rozgrywającego drużyny Europy.

PS W weekend mam zamiar obejrzeć także sparing koszykarzy Legii, których w poniedziałek obserwowałem na pierwszym treningu z nowym trenerem Piotrem Bakunem. Pierwsze spostrzeżenia już mam, niebawem możecie spodziewać się wpisu na blogu.

niedziela, 26 sierpnia 2012
Krok Kamila Łączyńskiego

Kamil Łączyński, po najlepszym sezonie w karierze, powołaniu i debiucie w reprezentacji, podpisał kontrakt z... pierwszoligowym MOSiR Krosno.

Jestem zaskoczony. Tak samo jak innymi transferami polskich koszykarzy z okolic reprezentacji, którzy zamiast w Tauron Basket Lidze zagrają w najbliższym sezonie klasę niżej - Pawła Kikowskiego (Śląsk Wrocław) i Marka Piechowicza (MKS Dąbrowa Górnicza). Koncentruję się na Łączyńskim, bo 23-letni wychowanek Polonii Warszawa to jeden z zaledwie kilku koszykarzy pochodzących ze stolicy, którzy coś w polskiej koszykówce znaczą.

W końcówce poprzedniego sezonu Łączyński bardzo dobrze grał w ćwierćfinale play-off z Asseco Prokomem Gdynia, w którym AZS do ostatnich minut piątego spotkania walczył z mistrzem Polski o awans. Przegrał, a wśród kontraktów, które w Koszalinie się kończyły, były m.in. umowy trenera Andreja Urlepa i Łączyńskiego.

Koszykarz z pobytu w Koszalinie pod wieloma względami był zadowolony. Chciał zostać w AZS na kolejny sezon, ten klub był jedynym, obok Trefla Sopot, z którym Łączyński negocjował kontrakt (Turów, Anwil czy Czarni tylko wyrażały zainteresowanie). Ale ani w Koszalinie, ani w Sopocie umowy nie podpisał.

Jeśli decydowały kwestie finansowe, to raczej w AZS. Z nieoficjalnych rozmów wynika, że Łączyński zarabiał w poprzednim sezonie w Koszalinie około sześciu tysięcy złotych miesięcznie. AZS był jego pierwszym klubem poza Polonią, zawodnik, za którym ciągnie się opinia kontuzjogennego, chciał się sprawdzić w innym środowisku. Sprawdził się, to nie ulega wątpliwości, więc potem oczekiwał podwyżki. Nie do 20 tys. złotych, o których się plotkuje, ale do 10-12 tys. już tak. Negocjacje z AZS nie zakończyły się jednak zbliżeniem stanowisk.

Nie wiem, czy właśnie 12 tys. oferował Łączyńskiemu Trefl, ale wiem, że umowa z wicemistrzem Polski była uzgodniona w szczegółach. Łączyński był zadowolony z pieniędzy, w kontrakcie znalazła się klauzula mówiąca o tym, że jeśli zawodnika dopadnie kolejny uraz, to klub nie musi płacić mu całej pensji. Koszykarz, na życzenie Trefla, przeszedł badanie rezonansem, które wykazało, że kolano jest w porządku.

Podpisanie umowy z Łączyńskim zastopował jednak nowy trener Trefla Żan Tabak. Koszykarz, który sezon w AZS kończył jako zawodnik regularnie grający w pierwszej piątce, w Sopocie miał być graczem nie pierwszoplanowym, ale występującym i jako rozgrywający, i jako rzucający. Chorwat stwierdził jednak, że potrzebuje innych zawodników.

Łączyńskiemu kończyły się opcje. Pozycje pierwszych rozgrywających większość klubów TBL ma obsadzone, na drugą jedynkę Łączyński jest prawdopodobnie za drogi. Z opcji zagranicznych (Francja, Węgry, Serbia) zawodnik rezygnował i... podpisał kontrakt w Krośnie, gdzie trenerem jest Serb Duszan Radović, świetny znajomy Marka Łączyńskiego - wujka, a zarazem menedżera Kamila.

Czy Łączyński powinien za wszelką - czytaj: niższą - cenę szukać miejsca w TBL? Większość z nas zdecydowanie odpowie, że tak. Tym bardziej, że - jak wynika z nieoficjalnych rozmów - pieniądze, które zawodnik ma dostać w Krośnie, będą porównywalne do tych z ostatniego sezonu w Koszalinie. Czy nie mógł, bez podwyżki, zostać rezerwowym rozgrywającym w TBL? Tak, powinien - odpowie większość z nas. Łatwo jednak gdybać w czyjejś sprawie niż pierwsze pytanie tego akapitu odnieść do hipotetycznej własnej sytuacji, prawda?

A więc Kamil Łączyński zrobił krok wstecz, decydując się na sezon w I lidze? W tej chwili, miesiąc po debiucie w reprezentacji, trudno odpowiadać na to pytanie inaczej niż twierdząco. Klan Łączyńskich szuka jednak, i słusznie, pozytywów - mówi się o roli lidera, o próbie charakteru, o serbskich trenerach pracujących w Krośnie. Trzymam kciuki, liczę, że za rok Łączyński wróci do TBL lepszy niż w momencie, w którym ją opuszcza.

Ale żałuję, bo choć Łączyński nie jest gwiazdą, choć w tej chwili nie wygląda nawet jak kandydat na nią, to jednak jest polskim graczem, od którego w solidnym zespole TBL może coś zależeć - jak w AZS Koszalin straszącym mistrza. Jest inteligentnym rozgrywającym, nie mamy takich wielu, którego stać na postępy. Od pierwszej kontuzji kolana minęło już pięć lat, teraz noga jest obudowana mięśniami, sezon w Koszalinie potwierdza, że Łączyński jest w stanie wytrzymać obciążenia i grać dobrze.

Szkoda, że w najbliższym sezonie nie będzie miał szansy robić tego w TBL.

PS Jeszcze większa szkoda, że Łączyński nawet nie miał szansy rozważania faktu powrotu do klubu z Warszawy...