A skull full of basketball maggots
RSS
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Ignerski 3x3 czy Berisha z Pamułą?

Proste pytanie w ramach budowania nastroju przed EuroBasketem:

Dla przypomnienia:



Dardan, kim Ty się czujesz?

O Dardanie Berishy po raz pierwszy usłyszałem gdzieś na przełomie 2007 i 2008 roku, w trakcie jego debiutanckiego sezonu w Polsce. Do Polonii 2011 nastolatek przychodził na raty - w lecie 2007 roku trenował z drużyną, ale zabrakło porozumienia między agentem Goran Gramatikovem i menedżerem klubu Walterem Jeklinem. Berisha wyjechał na kilka miesięcy do Hiszpanii, ale już w styczniu grał dla Polonii 2011 w pierwszej lidze.

W marcu, po tym jak jego drużyna zdobyła mistrzostwo Polski juniorów starszych w pasjonującym finale z Prokomem Treflem Sopot, rozmawiałem z Berishą po raz pierwszy. Michał Goździk, Polak, który poznał się z koszykarzem jeszcze w Kosowie, a potem, właśnie w lecie 2007 roku, szukał mu klubu w Polsce, za zgodą ówczesnego trenera Polonii 2011 zaprowadził mnie do mieszkania na Żoliborzu, gdzie mieszkało kilku młodych koszykarzy. Pamiętam, że w marcowy wieczór siedzieliśmy z Berishą w kuchni, w obecności Michała i, chyba, trenera Arkadiusza Miłoszewskiego.

Po dobrych występach w lidze i na mistrzostwach Berishą interesował się ówczesny trener młodzieżówki Jacek Winnicki. Ale niespełna 19-letni zawodnik, który miał już za sobą nieoficjalne występy w reprezentacji Kosowa, nie potrafił jednoznacznie zadeklarować, który kraj będzie reprezentował. - Wolałbym grać dla Kosowa - mówił mi. - Do tego kraju należy moje serce, choć gdybym zaczął to głębiej analizować, to pewnie wybrałbym Polskę. To większy kraj i większe możliwości.

Wybrał Polskę, a jego rzut z Turcją, z EuroBasketu w 2011 roku, to obok trzech trójek Michała Ignerskiego w 61 sekund przeciwko Litwie w 2009 roku, jedyne reprezentacyjne wspomnienia, które wywołują u mnie gęsią skórkę.

Trudno powiedzieć o Berishy, że to nasza gwiazda - są w reprezentacji Polski lepsi, ważniejsi koszykarze od niego, do jego gry można mieć zastrzeżenia. Ale nie sposób kwestionować genu zwycięstwa, który przejawia się u niego częściej niż u innych, łatwo też da się obronić tezę, że to jeden z najciekawszych, najbarwniejszych koszykarzy w lidze, w reprezentacji w ostatnich latach.

I właśnie o tym - o skomplikowanym życiorysie i karierze, rozmawiałem z Berishą w środę. Przy stole w hotelowej restauracji nie siedział już oczywiście nastroszony, nieufny nastolatek z młodzieżowej drużyny, tylko dojrzały, 27-letni mężczyzna, reprezentant Polski, świadomy swoich decyzji. Jedno się tylko nie zmieniło - zdradzający pewność siebie błysk w oku.

Rozmowa z Dardanem Berishą.


PS Tak się przypadkowo złożyło, że Berisha po trzech latach wrócił do reprezentacji, a ja wróciłem na bloga. Mam nadzieję, że obaj zostaniemy w tych miejscach na dłużej.

środa, 12 września 2012
Blog na Warszawa.sport.pl

Od 12 września mój blog znajdziecie pod innym adresem. Na Warszawa.sport.pl stworzyliśmy właśnie dział z blogami, gdzie blogować może każdy z Was.

O czym? O warszawskim sporcie! I nie mówcie mi, że nie ma tu nic poza Legią i Polonią...

Mam dosyć patrzenia na warszawski sport przez pryzmat piłkarzy Legii i Polonii czy siatkarzy Politechniki i koszykarzy Polonii. [...] Szukam innych sportowych wrażeń, bo chcę przekonać siebie i was, że stolica ma coś więcej niż cztery wyżej wymienione drużyny, że warszawiacy grają, biegają, skaczą i się ścigają. W nowym cyklu felietonów chcę udowodnić, że nawet król Zygmunt był sportowcem! 

Te buntownicze słowa napisałem w czerwcu 2011 roku, kiedy w "Gazecie Stołecznej" zacząłem pisać teksty pod hasłem "W co grają Zygmunt z Syrenką".

Po inauguracyjnym tekście o futbolowym meczu Spartans z Werewolves na stadionie Syrenki pisałem też o uzależnieniu na wodzie, wysłuchałem pasjonującej opowieści Andrzeja Pstrokońskiego o koszykarskich latach 60., próbowałem rozwikłać tajemnicę smoczych łodzi, wybrałem się na Białołękę na mecz lacrosse'a, wlazłem nawet taką niszę, jak warszawscy hokeiści na trawie.

Nie wytrwałem, cykl upadł. Ale staramy się pisać o różnych miejskich sportach w naszym serwisie. Jest ich mnóstwo, a hasło "Sportowa Warszawa" naprawdę nie jest puste. Zresztą, mam wrażenie, że większość z Was wie o tym lepiej niż ja, który za dużo czasu spędza za biurkiem...

Mam nadzieję, że o sportowej Warszawie będziemy blogować razem. Zapraszam.

PS To już drugi blog, który przymykam. Wciąż szukam pomysłu - i czasu! - na zagospodarowanie A Skull Full of Maggots.

wtorek, 11 września 2012
Żwirko i Wigura

Słowa "samolot" i "katastrofa" wypowiadane 11 września kojarzą się tylko z Nowym Jorkiem z 2001 roku, ale ja - z malutkim akcentem sportowym - proponują notkę o naszych, lokalnych bohaterach. Pierwszą w całości przeklejoną z Polskiej Agencji Prasowej, ale nie szkodzi. Bardzo dużo się z niej dowiedziałem.

Ludzie, którzy mieszkają lub pracują w Warszawie, pomnik tych panów mijają bardzo często. Środek września to dobry moment, na moment zadumy na czerwonym świetle.

Franciszek Żwirko i Stanisław Wigura zginęli właśnie 11 września.

Pilot Franciszek Żwirko i konstruktor Stanisław Wigura, zwycięzcy Międzynarodowych Zawodów Samolotów Turystycznych Challenge 1932, zginęli 11 września 1932 roku w katastrofie samolotu RWD-6 pod Cierlickiem Górnym koło Cieszyna na Śląsku Cieszyńskim.

Franciszek Żwirko, podczas I wojny żołnierz armii rosyjskiej, absolwent Szkoły Pilotów w Bydgoszczy i Wyższej Szkoły Pilotów w Grudziądzu oraz instruktor lotniczy, dość szybko zainteresował się lotnictwem sportowym. Był pierwszym pilotem, który odbył nocny lot nad Polską. Później wspólnie z kpt. Władysławem Popielem zajął drugą lokatę w ogólnej klasyfikacji międzynarodowego Lotu Małej Ententy i Polski.

W 1929 r. Żwirkę mianowano oficerem łącznikowym w Akademickim Aeroklubie Warszawskim. Poznał tam Stanisława Wigurę, wówczas studenta politechniki, współtwórcę jej Sekcji Lotniczej Koła Mechaników Studentów, konstruktora (wspólnie ze Stanisławem Rogalskim) samolotów sportowych WR-1 i RWD-1 (we współpracy również z Jerzym Drzewieckim). Znajomość odnoszącego już sukcesy pilota i młodego konstruktora szybko przerodziła się w przyjaźń. Ceniony i lubiany za energię, pracowitość i skromność Żwirko szybko znalazł wspólny język ze spokojnym, małomównym Wigurą, podobnie jak on pasjonatem lotnictwa.

Ich współpraca szybko okazała się owocna. Żwirko jako pierwszy latał na nowej wersji RWD z numerem 2 współtworzonej przez Wigurę, wspólnie odbyli też na nowym samolocie lot wokół Europy, lądując po drodze m.in. w Berlinie, Paryżu, Barcelonie i Mediolanie oraz zajęli pierwsze miejsce w Locie Południowo-Zachodniej Polski. Żwirko z pilotem Antonim Kocjanem pobił też światowy rekord lotu na wysokości osiągając 4004 m, dzięki czemu ustanowił pierwszy polski międzynarodowy rekord lotniczy.

W 1930 r. Żwirko i Wigura wystartowali w międzynarodowych zawodach samolotów turystycznych Challenge, jednak przerwali je w związku z awarią silnika. W tym samym roku udało im się zwyciężyć w II Locie Południowo-Zachodniej Polski, w III Krajowym Konkursie Awionetek i w IV Krajowym Konkursie Samolotów Turystycznych. W tym samym roku Żwirce urodził się syn Henryk. Rok później pilot został szefem eskadry ćwiczeń pilotażu w Centrum Wyszkolenia Oficerów Lotnictwa w Dęblinie. Natomiast Wigura wspólnie z Rogalskim i Drzewieckim konstruowali nowe wersje RWD. Model z numerem 6 powstał specjalnie z myślą o zawodach Challenge 1932.

Międzynarodowe zawody samolotów turystycznych odbyły się w dniach 20-28 sierpnia. Żwirko wspólnie z Wigurą pokonał trasę z Berlina przez Polskę, ówczesną Czechosłowację, Austrię, Jugosławię, Włochy, Szwajcarię, Francję, Holandię, Danię i Szwecję z metą w Berlinie. Polacy odnieśli w zawodach niespodziewane zwycięstwo pokonując typowanych na faworytów gospodarzy. Na pamiątkę sukcesu Żwirki i Wigury 28 sierpnia jest dziś Świętem Lotnictwa Polskiego.

Kilkanaście dni po berlińskim sukcesie, 11 września 1932 r. pilot i konstruktor wylecieli z Warszawy na spotkanie z czeskimi kolegami i meeting lotniczy. Żwirko i Wigura wystartowali RWD-6 z mokotowskiego lotniska tuż po 6 rano. Była piękna, słoneczna, choć nieco wietrzna niedziela. W rejonie Cieszyna pogoda zaczęła się pogarszać, wiatr osiągał huraganową siłę. Samolot był już na terenie Czechosłowacji, gdy w związku z pogodą prawdopodobnie usiłował zwrócić, by przeczekać w spokojniejszym miejscu. Nie udało się.

Tak o ostatnich chwilach chwilach ojca, widzianych przez mieszkańców Cierlicka, pisał w książce "Polskie skrzydła" Henryk Żwirko: "Nagle oderwało się skrzydło, ucichł silnik i z nieba posypały się drobne, srebrzyste płatki. Szczątki samolotu uderzyły o dwa wyniosłe świerki na skraju zagajnika (...) Na ziemi szczątki samolotu, obok, na leśnej ścieżce leżało ciało człowieka. Był martwy, zmasakrowany. Szukali drugiego. Leżał kilkanaście metrów dalej. Z kurtki wiatrówki wysunęły się dokumenty - to Żwirko (...) Na miejsce katastrofy przybyli żandarmi, żołnierze. Ciała obu lotników na zwykłym wozie, wysłanym słomą przewieziono do kaplicy cmentarnej przy kościele. Dwóch żołnierzy zaciągnęło wartę. Wiadomość o śmierci Żwirki i Wigury lotem błyskawicy obiegła Polskę".

Uroczystości pogrzebowe rozpoczęły się już na terenie Czechosłowacji, która mimo napiętych stosunków z Polską otworzyła granicę dla tysięcy żałobników. Z Cieszyna trumny z ciałami lotników specjalnym pociągiem wyjechały do Warszawy. W większych miejscowościach pociąg przystawał, a setki ludzi żegnały zmarłych.

Pogrzeb Żwirki i Wigury z udziałem marszałka Józefa Piłsudskiego, prezydenta Ignacego Mościckiego, setek delegacji lotników i tysięcy warszawiaków rozpoczął się rankiem 16 września w kościele św. Krzyża. Okryte flagami narodowymi trumny na zakończenie uroczystości udekorowano Krzyżami Kawalerskimi Orderu Polonia Restituta. Franciszek Żwirko i Stanisław Wigura, odprowadzani przez kondukt pogrzebowy oceniany na nawet 300 tys. osób, spoczęli na Cmentarzu Powązkowskim.

Imię Żwirki i Wigury nosi wiele ulic i szkół, są patronami drużyn harcerskich i aeroklubów. Miejsce ich tragicznej śmierci nazwane "żwirkowiskiem" opieką otoczyła okoliczna ludność. Trzy lata po ich śmierci powstało tam małe mauzoleum w formie kapliczki, zniszczone podczas wojny przez Niemców. Obecnie znajduje się tam pomnik, symboliczne mogiły lotników i pamiątkowy kamień zachowany z okresu przedwojennego.

W Cierlicku powstał Dom Żwirki i Wigury, którego częścią jest m.in. sala historii lotnictwa.

niedziela, 09 września 2012
Po sparingu Piaseczno - Legia

Wybrałem się na sparing trzecioligowców - PWiK Piaseczno z Legią Warszawa. Wygrał, 96:69, jak najbardziej zasłużenie, zdecydowanie lepszy, mądrzejszy, bardziej zgrany zespół gospodarzy. A ja, oglądając, liczyłem na własny użytek punkty, zbiórki i asysty oraz notowałem spostrzeżenia dotyczące obu drużyn.

Obserwacje Piaseczna:

1. Zespół prowadzi doskonale znany koszykarskim kibicom Teodor Mołłow, który po meczu, pytany o swój zespół, mówił tak:

U nas od paru lat jest tak, że do ostatniej chwili nie wiemy, czy startujemy, czy nie. Nikt nie mówi nam, że możemy w spokoju przygotowywać się do ligi. Mam nadzieję, że skoro będziemy gościć Mazovia Cup, to znaczy, że w lidze wystartujemy. Ale nie mamy jeszcze budżetu, nie wiemy, jak to wszystko będzie wyglądało, przez to nie mogliśmy podpisać kontraktu z żadnym zawodnikiem. Niektórym może wydawać się dziwne, że zespół, który regularnie walczy w czołówce funkcjonuje w ten sposób, ale takie są realia.

Michał Wojtyński i Sebastian Okoła trenowali z Legią, ale grają u nas. Dlaczego? Chyba podoba im się klimat w drużynie. Każdy widzi, że nawet, jak startujemy z minimalnym budżetem, to walczymy o wysokie miejsca. To, dla wielu graczy, jest bardzo istotne.

2. O sile Piaseczna w niedzielnym sparingu stanowili m.in. doświadczeni, bardzo znani z wielu klubów Przemysław Lewandowski i Andrzej Paszkiewicz. Obaj dobrze grają ze sobą, indywidualnie, a także z drużyną. "Lewy" zdobył 10 punktów (dziewięć w pierwszej połowie), miał po cztery zbiórki i asysty. "Czarny" miał o jeden punkt więcej, tyle samo zbiórek i o jedną asystę mniej. Lewandowski nieźle upycha się pod koszem, Paszkiewicz grozi rzutem z dystansu, czyli nic się nie zmieniło.

3. Bardzo dobre wrażenie zrobili na mnie nowi gracze PWiK. Przedstawia ich Mołłow:

W tej chwili mamy dwóch nowych zawodników spoza regionu - to Adam Myśliwiec i Grzesiek Jankowski. Nie podpisali jeszcze kontraktów, ale mamy nadzieję, że będą u nas grać. Jestem z nich bardzo zadowolony - szczególnie, że przed meczem z Legią trenowali z zespołem zaledwie dwa razy. Mam nadzieję, że w poniedziałek znajdzie się dla nich lokum, będą mieli gdzie przenocować i będą ćwiczyć z zespołem normalnie.

Myśliwiec, 22-letni podkoszowy lub środkowy, to leworęczny gracz z Lublina, który w niedzielę fajnie walczył na deskach, trafiał z półdystansu i z wolnych, dobijał piłki w ataku. Zdobył w sumie 18 punktów, miał cztery zbiórki.

Dwa lata starszy Jankowski, wychowanek Spójni Stargard, który od 2008 roku grał już w Bielsku Podlaskim, Pile i Olsztynie, to solidny rozgrywający z tendencjami do błyskotliwej gry. Z Legią miał 13 punktów oraz trzy asysty, w Piasecznie mógłby grać zamiast lub obok Paszkiewicza. Byłby sporym wzmocnieniem zespołu.

4. Wspominany w kontekście Legii Wojtyński, który kilka lat temu grając u trenera Roberta Chabelskiego - m.in. z obecnym legionistą Rafałem Holnickim-Szulcem - zdobył brązowy medal mistrzostw Polski juniorów, chyba spóźnił się na sparing (nie było go w składzie, który spisywałem 10 minut przed rozpoczęciem spotkania), w pierwszej połowie wyróżnił się tylko przepychanką z Szymonem Janiewskim, ale w drugiej połowie zagrał świetnie. Zdobył aż 16 punktów trafiając cztery razy za trzy, miał też trzy asysty. Legia ma czego żałować.

5. Zespół z Piaseczna na tle Legii wyglądał bardzo dobrze. Momentu chaosu były, ale przez większość meczu zawodnicy Mołłowa grali składnie i ładnie. Ozdobą meczu była akcja, w której Jankowski podał nad uchem do Damiana Zaperta, a ten wbiegając w polu trzech sekund pod kosz, zauważył jeszcze jednego z wysokich (Myśliwca lub Sebastiana Okołę, nie zanotowałem). Granie w tempo, dzielenie się piłką - w tym PWiK od Legii było zdecydowanie lepsze.

Obserwacje Legii:

1. Koszykarze Piotra Bakuna bronili fatalnie. Powoli się wracali, przez co stracili sporo punktów w pierwszej połowie, przegrywali pojedynki jeden na jednego, mylili się przy bronieniu akcji dwójkowych, w których często zostawiali z piłką na obwodzie Jankowskiego, Paszkiewicza czy Wojtyńskiego. I tracili punkty. Bakun tłumaczył, że jego graczy nogi nie niosą, ale dodał też, że w najbliższym tygodniu legioniści będą pracować nad obroną.

2. Jak zapytałem trenera o jakiś pozytyw z meczu w Piasecznie, to usłyszałem kilka zdań o Szymonie Janiewskim.

To chłopak, który nam się przyda. Wygląda dobrze, ma fajny charakter, chce grać jeden na jeden, chce się bić.

Bakun mówił krótko, ja też dużo nie napiszę, ale grę Janiewskiego doceniam. Zawodnik z Pomorza (ostatnio Korsarz Gdańsk) zdobył siedem punktów, miał dwie zbiórki oraz dwie asysty. Wyszedł w pierwszej piątce, pokazał, że może być przydatnym skrzydłowym. Jest aktywny, podejmuje różne akcje. Przyda się Legii.

3. W pierwszej połowie pogrążona w chaosie Legia praktycznie nie grała pod kosz - wysocy skrzydłowi lub środkowi (Marcin Nędzi, Tomasz Rudko, Patryk Nowerski i Przemysław Jaworski) zdobyli w sumie sześć punktów. Przed trzecią kwartą Bakun zarządził konsekwentne granie pod kosz i otworzył się Nędzi. Środkowy, który trafił do Legii niedawno, z gry trafił tylko dwa razy, ale wymuszał faule i trafiał wolne. W trzeciej kwarcie zdobył swoje wszystkie 13 punktów, w całym meczu dodał sześć zbiórek. Jak Legia nauczy się z nim grać, to będzie miała z niego pożytek.

4. W Legii brakowało Łukasza Zajączkowskiego, Pawła Podobasa i Bartłomieja Błaszczyka, a z nowych graczy - poza Janiewskim - zagrali Nowerski i Jaworski. O drugim nie potrafię napisać nic ciekawego, ale pierwszy, środkowy, coś pokazał. I nie były to tylko efektowne lima pod oboma oczami, efekt zderzenia z łokciem Nędziego na treningu. Nowerski, choć z grą tyłem do kosza ma wielkie problemy, to ze wsadami z naskoku po otrzymania podania w tempo pod kosz - żadnych. Zdobył 11 punktów, miał pięć zbiórek, a Bakun mówił o nim po meczu tak, jakby skłaniał się ku pozostaniu Nowerskiego w Legii. I słusznie. Inny nowy wysoki gracz, który był w składzie legionistów, Damian Cechniak, nie wszedł na parkiet.

5. Dwa weekendowe sparingi Legii - porażka z Piasecznem i, dzień wcześniej, przegrana 70:73 z Pułaskim w Warce, niekoniecznie pokazują, że Legia z tymi i z innymi rywalami w drugiej lidze musi mieć kłopoty. Fakt, legioniści nie wyglądają jak solidny zespół, ale z drugiej strony mają nowego trenera, kilku nowych graczy, trochę ciężkich treningów w nogach i zero spotkań rozegranych w pełnym składzie. Dlatego nie podejmuję się wyrokować, na co będzie stać ten zespół.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47