A skull full of basketball maggots
RSS
środa, 16 marca 2011
Bohater Turowa

Po świetnym meczu Asseco Prokomu Gdynia z PGE Turowem Zgorzelec można się zachwycać obroną obu drużyn, dramaturgią, akcjami Torey'a Thomasa, Michała Gabińskiego, Filipa Widenowa i Tommy'ego Adamsa w ostatniej minucie. Mistrzowie Polski pokonali silny Turów 73:72 w spotkaniu, które bez ryzyka można uznać za jedno z najlepszych - jeśli nie najlepsze - w tym sezonie.

Ja chcę jednak napisać o koszykarzu, który akurat w kluczowych akcjach dobrze nie zagrał - w ostatniej minucie spudłował z czystej pozycji za trzy, potem łatwo dał się ograć Widenowowi 20 sekund przed końcem.

fot. figurski.com.pl

Konrad Wysocki w końcówce mógł się spisać lepiej, ale dwie gorsze akcje z 40. minuty nie zmieniają faktu, że polski reprezentant Niemiec imponuje mi w tym sezonie bardzo. Gdybyśmy przyznawali nagrodę dla koszykarza Tauron Basket Ligi, który zrobił największy postęp, to prawdopodobnie głosowałbym właśnie na niego.

Spójrzmy na statystyki - w sezonie 2009/10 Wysocki grał w Turowie po 22 minuty w meczu, teraz po 29. Z 7,9 punktu na mecz, skoczył na 10,8. Skuteczność z gry: z 44 proc. na 53 proc., w tym z 28 na 41 proc. za trzy. Rzuty wolne: z 66 na 74 proc. Zbiórki: z 5,6 na 6,9. Skrzydłowy Turowa utrzymał średnie asyst i przechwytów, a także strat, minimalnie poprawił się w blokach.

Powyższe liczby są wymowne, ale nie mówią wszystkiego o grze Wysockiego, który z drugoplanowego raczej zawodnika od czarnej roboty w zawodzącym zespole, stał się obecnie jednym z kluczowych koszykarzy pewniaka do medalu. W wyrównanej drużynie Turowa, gdzie bardzo dobre mecze miewają też Torey Thomas, Marko Brkić, David Jackson, Robert Tomaszek czy Ivan Koljević jednego lidera nie ma, ale od Wysockiego zależy wiele.

Jakub Wojczyński z "Przeglądu Sportowego" wykazuje, że w zaciętych końcówkach skrzydłowy Turowa dostaje piłkę i podejmuje decyzje rzutowe. Fakt, nie trafia, ale znaleźlibyśmy w tym sezonie kilka spotkań, w których Wysocki zdobywał ważne punkty, niekoniecznie w ostatnich sekundach.

Reprezentant Niemiec wnosi także do drużyny wartości niepoliczalne - jest walczakiem, emocjonalnie, pozytywnie reaguje po udanych akcjach, często podkreśla, jak ważna jest zespołowa gra Turowa. Okazuje złość po porażkach - po przegranym finale Pucharu Polski z AZS Koszalin w 2010 roku, widziałem w jego oczach łzy. Jest idealnym graczem do każdego zespołu - poświęca się dla drużyny, nie odpuszcza, bije się o każdą piłkę.

Na dodatek Wysocki jest koszykarzem doświadczonym (z reprezentacją Niemiec grał m.in. na igrzyskach w Pekinie) i uniwersalnym - przy wzroście 200 cm nieźle radzi sobie i na obwodzie, i pod koszem. Kto wie, jeśli Turów spotka się w play-off z Prokomem, to może Wysocki okaże się godnym przeciwnikiem dla zdrowego Qyntela Woodsa?

Turów w tym sezonie nie ma gwiazd, ale ma bardzo dobrych graczy, którzy chcą i potrafią walczyć. A Wysocki - moim zdaniem - jest w tym najlepszy.

PS Tuż po debiucie Wysockiego w polskiej lidze jego historię przedstawił mój kolega z "Gazety Wyborczej" Tomasz Welc.

PS 2 W drugim czwartkowym meczu Igor Milicić (AZS Koszalin) był o jedną asystę od triple-double. Chorwat z polskim paszportem zdobył 10 punktów, 12 zbiórek i dziewięć asyst. Gdyby wykonał jedno ostatnie podanie więcej, zostałby ósmym koszykarzem z udokumentowanym triple-double w PLK. Szkoda, że Miliciciowi się to nie udało, bo ostatnie takie osiągnięcie miało miejsce 1181 dni temu...

Pierwszy taki sezon od 41 lat

Rok temu, zapowiadając mistrzostwa świata Formuły 1, zwracaliśmy uwagę, że na torach pojawi się czterech mistrzów świata - Fernando Alonso, Jenson Button, Lewis Hamilton i Michael Schumacher.


Czterej mistrzowie rywalizowali ze sobą po raz pierwszy od 1999 roku, kiedy na torach ścigali się Mika Hakkinen, Damon Hill, Schumacher i Jacques Villeneuve.

Rozpoczynające się 27 marca od Grand Prix Australii tegoroczne mistrzostwa będą jednak jeszcze bogatsze, jeśli chodzi o mistrzów świata - do Alonso, Buttona, Hamiltona i Schumachera dołączył najmłodszy czempion w historii Sebastian Vettel.


Kiedy po raz ostatni mieliśmy w Formule 1 pięciu mistrzów świata rywalizujących w tym samym sezonie? Dawno temu, bo w 1970 roku. Byli nimi Jack Brabham, Graham Hill, Denny Hulme, Jackie Stewart i John Surtees.

Mistrzostwo zdobył jednak wówczas Jochen Rindt. To dobra wróżba dla takich kierowców jak np. Felipe Massa, Nico Rosberg lub Mark Webber...

Gortat, Howard i przybicie piątki
Marcin Gortat i Dwight Howard nie podali sobie ręki po niedzielnym meczu Phoenix Suns z Orlando Magic. Polak od razu poszedł do szatni, w której na pytanie o rywalizację z Howardem odpowiadał - uwaga! - z uśmiechem i szacunkiem dla przeciwnika, który przez trzy poprzednie sezony był jego mentorem w Orlando.


fot. Michael Chow, AP/The Arizona Republic

Tymczasem mój macierzysty serwis Sport.pl szukał sensacji. „Gortat i Howard nie podali sobie rąk. 'Już go nie potrzebuję'” - taki tytuł przyciągał oczy w poniedziałkowe popołudnie. W „Gazecie” też niepotrzebnie podkreśliliśmy fakt, że dwaj koszykarze nie pozdrowili się po meczu. Tak, jakby to miało znaczenie.

A nie ma. Co prawda dwa lata temu przez USA przeszedł szmer niezadowolenia, kiedy LeBron James nie podziękował za rywalizację zwycięskim koszykarzom Magic w play-off, ale zwyczaju przybijania piątek po każdym z 82 meczów sezonu zasadniczego w NBA nie ma. W niedzielę nie zrobił tego nikt, oba zespoły szybko udały się do szatni - Suns szybciej, bo przegrali aż 88:111.

Gortat i Howard to profesjonaliści, którzy się cenią, bo wiedzą, jak ciężko pracują na swój sukces. Byli kolegami, są rywalami, ale nie patrzą na siebie wilkiem. Nawet, jeśli chcielibyśmy tego my, dziennikarze.

PS Tak, przeniosłem się ze starego bloga "A skull full of maggots" pod nowy adres. Potrzebowałem zmiany.

1 ... 46 , 47