A skull full of basketball maggots
RSS
niedziela, 15 listopada 2015
Rosa Radom i jej kandydaci do kadry

Fot. Piotr Koperski/Plk.pl

Odradza się Anwil, akces do play-off zgłasza Polfarmex, ciekawie wygląda Polski Cukier, większości z nas podoba się gra Asseco, a tradycyjne medalowe ambicje mają Czarni, ale dla mnie wczesnym - bardzo wczesnym - kandydatem do gry w finale z niepokonanym dotychczas Stelmetem jest Rosa. Owszem, przydałoby się w Radomiu więcej ofensywnej siły pod koszem, bo sam Igor Zajcew - przy niezbyt skutecznych w ataku  Sejdzie Hajriciu, Robercie Witce oraz Kimie Adamsie - to trochę za mało. Ale i tak uważam, że drużyna Wojciecha Kamińskiego wygląda nieźle, dobrze, coraz lepiej. Zaczęła sezon od porażek, ostatnio wygrywa.

Ale na razie, jeśli mówimy w tym sezonie o Rosie, to skupiamy się głównie na Danielu Szymkiewiczu - 21-letnim rozgrywającym, który ma dobry początek rozgrywek. W sześciu meczach ligowych, w niespełna 20 minut, zdobywa średnio po 7,3 punktu przy świetnej, 61 proc. skuteczności z gry. Do tego dodaje po 1,7 zbiórki, 1,7 asysty. W trzech meczach Pucharu Europy FIBA Szymkiewicz rzuca po 11,7 punktu (55 proc. z gry) oraz ma po 3,7 zbiórki i 2,7 asysty. Daje drużynie impuls z ławki jako rezerwowy rozgrywający, nieźle spisuje się grając też obok Torey’a Thomasa.

O Szymkiewiczu bardzo szybko zaczęliśmy wspominać w kontekście kadry. Może nawet za szybko, bo minęło ledwie kilka tygodni sezonu, ale z drugiej strony to zrozumiałe, jeśli weźmiemy pod uwagę posuchę na pozycji rozgrywającego. Nie da się jednak zaprzeczyć, że postęp w porównaniu do poprzedniego sezonu jest widoczny. Skąd ten postęp się wziął?

Z ciężkiej pracy w wakacje. Szymkiewicz trenował w Kolbudach ze swoim tatą, Jackiem - byłym rzucającym Wybrzeża Gdańsk, ale też innych klubów Trójmiasta i okolic, który w sezonie 1996/97 zdobył cztery punkty w ekstraklasie grając w Białymstoku. - Jacek zadzwonił do mnie i zapytał, nad czym Daniel musi pracować - mówi Wojciech Kamiński, który zakolegował się z Szymkiewiczem seniorem podczas studiów na gdańskiej AWF. - Mówiłem przede wszystkim o rzucie, o poprawie skuteczności i regularności, ale panowie dołożyli też solidną pracę nad przygotowaniem fizycznym.

Do Radomia, gdzie występuje od sezonu 2014/15, Szymkiewicz trafił przez Polpharmę Starogard, momencik w Spójni Stargard i SMS Władysławowo, kilka lat w Treflu Sopot oraz WKK Wrocław. Ale zaczynał w Bryzie Kolbudy, klubie założonym przez jego rodziców. To oni byli jego pierwszymi trenerami, to oni, jak widać, wciąż pracują z nim nad postępami. - Daniel miał w wakacje dostęp do hali, mocno trenował, efekty widać. Na pewno poprawił swój rzut, czuje się w nim pewniej. Jest też dobrze przygotowany fizycznie, czuje pewność siebie, łatwiej mu wykorzystywać szanse, które dostaje - mówi Kamiński.

Fot. Piotr Koperski/Plk.pl

Ta pewność siebie jest widoczna. Szymkiewicz może być aktywny i produktywny w obronie - tu wyjmie rywalowi piłkę z kozła, tam wykorzysta długie ręce, by podbić piłkę i doprowadzić do przechwytu. Ale pobłyskuje też w ataku - nie tylko wyprowadzi kontrę, ale minie rywala w ataku pozycyjnym, wejdzie pod kosz zdobywając punkty, odegra na obwód, efektownie poda kozłem za plecami. Na początku tego sezonu pokazuje dokładnie to, co pozwoliło mu być gwiazdą w rozgrywkach młodzieżowych.

Owszem, do poprawy wciąż jest bardzo dużo. Rzut z dystansu, być może pewniejszy, nie daje regularnych trafień - we wszystkich 14 meczach tego sezonu (TBL, Puchar Europy FIBA, pierwsza liga) Szymkiewicz ma 8/23 za trzy i trudno powiedzieć, że rywale powinni się na nim skupiać. Na razie mogą robić pół kroku w tył i raczej przeszkadzać w wejściach niż uniemożliwiać rzuty. Do tego panowanie nad piłką, zarządzanie kozłem - tu też może być dużo lepiej.

Jednak ma Szymkiewicz coś, czego wytrenować się nie da - warunki fizyczne. Ze swoimi 193 cm wzrostu jest kandydatem na nowoczesnego rozgrywającego, którego w Polsce nie mamy. A może nie tylko rozgrywającego? - W dzisiejszej koszykówce odchodzi się od sztywnego przypisywania graczy do pozycji. Szymkiewicz może grać i jako rzucający, i jako rozgrywający, i tak staramy się go ustawiać - mówi Kamiński. - I tu, i tu ma wiele rzeczy do poprawy - rzut, jego regularność, a także rozumienie roli tego, który organizuje grę. Ale wiele już ma - warunki fizyczne odpowiednie na obie pozycje, umiejętności defensywne, które pozwalają mu na grę przeciwko rozgrywającym i rzucającym. Potrafi minąć, wejść pod kosz, zrobić przechwyt, wyprowadzić i wykończyć kontrę - wylicza trener Rosy, który w przeszłości pracował z reprezentacyjnymi rozgrywającymi: Łukaszem Koszarkiem, Krzysztofem Szubargą, Kamilem Łączyńskim, a do ekstraklasy wprowadzał też m.in. Marcina Nowakowskiego.

Fot. Piotr Koperski/Plk.pl

Oby Szymkiewicz dorósł do poziomu tego pierwszego, oby nie przeszkadzały mu kontuzje, których w minionych latach doświadczał. Tak, jak w ostatnio jego koledzy z Rosy - Michał Sokołowski i Damian Jeszke. Nie były to urazy groźne, ale przeszkadzały utrzymać rytm przygotowań lub gry. 20-letni Jeszke na mistrzostwach Europy do lat 20 naderwał mięsień dwugłowy.

- Miał bardzo pokręcone wakacje. Zgrupowania z kadrą młodzieżową, potem kontuzja... Tak naprawdę, bez bólu, zaczął ćwiczyć dopiero pod koniec naszego okresu przygotowawczego - mówi o swoim zawodniku Kamiński. Jeszke w lidze ma w tym sezonie 7,5 punktu (55 proc. skuteczności) oraz 3,3 zbiórki, w Pucharze Europy FIBA trafia już tylko 25 proc. rzutów, ma po 4,5 punktu oraz zbiórki na mecz.

I jeśli Szymkiewicz najbardziej musi pracować nad regularnością rzutu, to gdzie największe rezerwy ma Jeszke? - Najbardziej musi poprawić defensywę oraz budowę ciała. Ale Damian ma też coś, co trudno wytrenować - czucie piłki, czucie zbiórki, czytanie gry. Niektórych piłka po prostu lubi i z nim tak jest - mówi Kamiński o swoim skrzydłowym. Skrzydłowym, który wciąż uczy się specyfiki gry na ten pozycji. - Damian w rozgrywkach młodzieżowych grał jako podkoszowy - wysoki skrzydłowy lub środkowy. Nawet w młodzieżówce był ostatnio „czwórką”. W seniorskiej koszykówce docelową pozycją jest dla niego „trójka”. I tu właśnie potrzebna jest lepsza defensywa.

Fot. Piotr Koperski/Plk.pl

Sokołowski? - On zaczyna mecze jako skrzydłowy, ale grywa też jako „dwójka”. I to są jego pozycje. W obronie może grać przeciwko graczom z obu tych miejsc, na dodatek może wybronić także rozgrywającego - mówi o swoim trzecim obiecującym graczu Kamiński. Sokołowski, który niedawno pauzował kilka dni ze względu na uraz kostki, ma 22 lata, coraz większe już doświadczenie, pierwsze kroki na zgrupowaniu reprezentacji.

W lidze „Sokół” rzuca w tym sezonie po 8,8 punktu na mecz. W Pucharze Europy FIBA ma średnią 14,5 z dwóch spotkań. Z KK Kumanovo rzucił ich 19 pokazując swoje główne atuty - dynamiczne ścięcia pod kosz po linii końcowej kończone wsadami, atakowanie obręczy i wymuszanie fauli. Wciąż gorzej jest z kreowaniem sobie pozycji do rzutu na obwodzie.

- Do poprawy jest wszystko, ale jeden główny element, to lepsze granie z piłką - mówi Kamiński. - Jeśli chodzi o decyzje rzutowe, to progres jest. Poza tym chwilowe słabsze momenty w tym elemencie, to efekt przemotywowania, na które pozwala sobie Michał. On jest coraz bardziej doświadczony, ale wciąż pozwala sobie, by obudził się w nim sokół - śmieje się trener Rosy. - Brakuje mu chłodnej głowy, czasem robi na boisku coś, czego nie powinien. Dlatego cieszymy się, że gramy w pucharach - starcie z inną kulturą gry, zespołami z innych lig, to kolejne doświadczenia, które nasi gracze zbierają.

Fot. Piotr Koperski/Plk.pl

To co z tą reprezentacją - czy Szymkiewicz, ale także Jeszke i Sokołowski, będą w kadrze najbliższych latach? Pytanie, jakkolwiek zadane wcześnie, jest zasadne, bo przecież Kamiński to jeden z asystentów Mike’a Taylora. Trener Rosy odpowiada z rezerwą: - Fajnie, że te chłopaki dobrze zaczęli sezon, że dobrze się prezentują. Ale jest zdecydowanie za wcześnie na takie rozważania. Oni muszą rozegrać dobre, równe sezony. Całe, a nie pojedyncze mecze.

- Poza tym te najważniejsze spotkania dopiero przyjdą. I dopiero w nich będziemy mogli ocenić wartość tych graczy.

Czekamy.

PS W radomskiej kolejce do gry czekają inni utalentowani gracze: Łukasz Bonarek, Jakub Schenk, Filip Zegzuła. Na razie w ekstraklasie zaliczają epizody, ale ich rozwój też warto obserwować.

piątek, 13 listopada 2015
Dlaczego przegraliśmy ten mecz z Grecją?

4 lipca 1997 roku, Palau Sant Jordi w Barcelonie, 13 minut do końca meczu Grecja - Polska w ćwierćfinale mistrzostw Europy. Trener Greków Panagiotis Giannakis prosi o czas, bo jego zespół przegrywa 45:53. Ale po powrocie na boisko jego koszykarze punktów nie zdobywają, a Piotr Szybilski trafieniem z bliska podwyższa prowadzenie Polski na 55:45. To mecz szalenie istotny, wygrana daje nie tylko awans do strefy medalowej ME, ale także promocję na mistrzostwa świata, które w 1998 roku miały się odbyć w Grecji.

Ale Polacy tam nie pojechali. Ćwierćfinał z Grecją przegrali ostatecznie 62:72. Dlaczego? Co stało się w końcówce tego meczu? Przez lata wspomnienia się zatarły, relacje upchnięto głęboko w archiwach, ja długo karmiłem się fragmentem z tekstu Wojciecha Michałowicza opublikowanego w „Gazecie Wyborczej”:

„Trudno tylko wyjaśnić, dlaczego w kluczowych dla losów meczu minutach trener Eugeniusz Kijewski nie poprosił o przerwę w grze, gdy błyskawicznie topniała przewaga jego zespołu. Dlaczego trzymał na boisku nieprzydatnego już w tym momencie Andrzeja Plutę i dlaczego tuż przed tym, jak Polacy stracili prowadzenie, zmienił Szybilskiego na Krzysztofa Dryję? - Nie uważam, że były to moje błędy - wyjaśniał polski szkoleniowiec. - Po prostu szukałem najlepszego ustawienia zespołu. Poza tym ciągle brakuje nam doświadczenia. Pytany o to samo Szybilski odpowiedział jedynie: - Co ja mogę powiedzieć? Przecież to wszystko decyzje trenera.”

Aż tyle, ale tylko tyle. Co zmieniło się w grze Polaków, co zrobili Grecy, kto grał dobrze, a kto zawodził - tego nie pamiętaliśmy.

Okazuje się jednak, że niedawno mecz Grecja - Polska pojawił się na YouTube. Chętni obejrzą całość, ale tych, którzy czasu nie znajdą, zapraszam do lektury.

Na początku spotkanie było chaotyczne, momentami wręcz irytująco. Sporo strat z obu stron, niecelnych rzutów spod kosza, niedokładnych podań... Brakowało też płynności gry, obie drużyny grały zrywami. Grecy zaczęli od prowadzenia 6:0, by po kilku minutach przegrywać 6:7. Polacy starali się napędzać grę, często wyprowadzali kontry, do których biegali także wysocy (szczególnie Adam Wójcik czy Mariusz Bacik), ale też trafiali za trzy. Udało się to Wójcikowi, Andrzejowi Plucie i Dominikowi Tomczykowi. Po trafieniu tego ostatniego było 19:16 dla biało-czerwonych w 11. minucie.

A potem nawet 26:20 po rzucie z półdystansu Bacika oraz 28:21 po wolnych aktywnego Macieja Zielińskiego. Wtedy jednak nadszedł czas na zryw Greków, którzy przed przerwą zdołali wyjść na minimalne prowadzenie. Choć po 20 minutach było 39:38 dla Polski.

Początek drugiej połowy był w wykonaniu Polaków bardzo dobry. Od trójki zaczął Tomczyk, potem za trzy trafił Zieliński. Koszykarze Kijewskiego znów przyspieszali, dominowali w walce o zbiórki, kontry wyprowadzali nawet po straconych koszach. Grekom, którzy spowalniali grę i szukali podań pod kosz, ta szybka gra nie odpowiadała, więc przewaga Polaków rosła. Po trafieniu Pluty było 51:45, a po dobrym fragmencie Bacika (blok, obrona, zbiórki w ataku) i punktach Zielińskiego - 53:45. Wtedy o wspomniany czas poprosił Giannakis, chwilę później Szybilski dał biało-czerwonym aż 10 punktów przewagi.

I nagle wszystko się załamało, Grecy zaliczyli zryw 14:1, Polacy przez sześć minut nie trafili z gry.

Zaczęło się od straty Szybilskiego i miękkiego faulu Zielińskiego, który dał Grekom akcję trzypunktową. Słaby w tym meczu Wójcik spudłował swój rzut, a faulowany przy próbie z dystansu Bacik wykorzystał tylko jeden z trzech rzutów wolnych. W odpowiedzi trójkę sprzed nosa Bacika trafił Fragkiskos Alvertis. Pluta został zablokowany, Wójcik popełnił stratę, Pluta zagubił się w defensywie... Kolejna trójka Evangelosa Koroniosa zmniejszyła straty Greków do ledwie dwóch punktów (54:56) w 29. minucie. Z przewagi Polaków w dwie minuty nie zostało praktycznie nic, kontrolę nad meczem przejęli rywale. Rozpędzeni, pewni siebie Polacy zniknęli, teraz z werwą grali Grecy.

Kijewski nie poprosił o czas, Polacy dalej pudłowali - Tomczyk z dystansu, Krzysztof Dryja spod kosza, Tomaszowi Jankowskiemu piłka wypadła na aut. Alvertis kolejną trójką wyprowadził Greków na prowadzenie 57:56, a po pudle Jankowskiego i nieporozumieniu Dryi z Zielińskim w obronie były już trzy punkty przewagi rywali. I dopiero wtedy Kijewski poprosił o przerwę.

W bardzo ważnym momencie meczu Polacy wrócili na boisko w składzie Robert Kościuk, Zieliński, Tomczyk, Jankowski i Dryja, co rzeczywiście było ustawieniem dyskusyjnym. Dryja w tym meczu wyróżniał się tylko faulami, od Jankowskiego bardziej produktywny był Szybilski, brakowało wszechstronnego Bacika, który i walczył pod koszem, i mijał z obwodu. Co prawda w 33. minucie Tomczyk wreszcie trafił z gry, z kontry, ale nie wykorzystał już wolnego po faulu przeciwnika, a Koronios rzucił trójkę sprzed Kościuka na 63:58 dla Grecji.

Polacy jeszcze walczyli - Jankowski przechwycił piłkę dzięki agresywnej obronie, w kontrze podał za plecami do Kościuka, a potem skończył ją wsadem po podaniu powrotnym. To była piękna akcja! Biało-czerwoni dali sobie rzucić punkt z linii rzutów wolnych, ale w 35. minucie było tylko 60:64 i mieliśmy piłkę. Zieliński popełnił jednak stratę w kontrze, co dało dwa łatwe punkty Grekom. I to by było na tyle. Na deskach szalał już Dimitrios Papanikolaou, a w 39. minucie trójką na 71:62 dobił Polaków Theofanis Christodoulou.

Ze statystyk wynika, że obie drużyny miały bardzo słabą skuteczność - Polacy ledwie 36 proc. z gry (23/63), w tym 29 proc. za trzy (5/17). Wygraliśmy deskę 31:25, ale w drugiej połowie był moment, gdy w walce o zbiórki Polacy prowadzili nawet 20:11. Końcówkę pod tym względem wygrali Grecy. Straty? Polakom zapisano 14, Grekom 10, ale nie jestem pewny czy to wiarygodne statystyki. Grekom naliczono w tym meczu aż 21 przechwytów...

Grecy, którzy przed meczem z Polakami wygrali wszystkie sześć spotkań, w półfinale przegrali 80:88 z Jugosławią, a w meczu o trzecie miejsce - 77:97 z Rosją. Polacy (wcześniej bilans 3-3) przegrali później z Litwą 55:76 i w ostatnim spotkaniu o siódme miejsce po dogrywce pokonali Turcję 89:87. W tym obrastającym powoli legendą meczu z Grecją dobre momenty mieli, ale zwyciężył zespół dojrzalszy, bardziej doświadczony - i na boisku, i na ławce trenerskiej. Bo pamiętajmy, że dwa lata wcześniej, gdy Grecy też bili się w strefie medalowej ME zajmując ostatecznie czwarte miejsce, Polacy grali w turnieju kwalifikacyjnym m.in. z Walią czy Luksemburgiem...

czwartek, 12 listopada 2015
Michael Wright - gwiazda, którą zapamiętamy

Fot. Mieczysław Michalak/Agencja Gazeta

W środę w Nowym Jorku znaleziono martwego Michaela Wrigtha. 35-letni koszykarz zmarł dzień wcześniej, przyczyną były rany postrzałowe głowy. Policja wyjaśnia przyczyny zgonu, pierwsze hipotezy zakładają morderstwo, ale nie jest wykluczone samobójstwo.

To bardzo smutna wiadomość. Michael Wright był jednym z najlepszych koszykarzy, jacy w XXI wieku grali w Polsce. Jednym z najbardziej dominujących podkoszowych. W Śląsku w sezonie 2001/02 oraz w Turowie w rozgrywkach 2009/10 wystąpił w sumie w 64 meczach - zdobywał średnio po 18,1 punktu na mecz przy 57 proc. skuteczności z gry, miał po 7,2 zbiórki. Mimo, że nie był środkowym wysokim - mierzył 202 cm wzrostu - to dzięki dynamice, technice i świetnej lewej ręce, był bardzo skuteczny pod koszem.

Do Śląska Wright trafił w trakcie sezonu, jako wicemistrz NCAA (jego Arizona Wildcats przegrała w finale 72:82 z Duke, a Wright zdobył 10 punktów) i 38. numer draftu do NBA. Wybrali go New York Knicks, ale wywodzący się z Chicago zawodnik nigdy w nich nie zagrał. Wcześniej, przed studiami w Arizonie, Wright grał w Farragut Academy, m.in. z Kevinem Garnettem. Pod koniec XX wieku występował w reprezentacjach USA do lat 18 i 19.

W grudniu 2001 roku Wright zastąpił we Wrocławiu zawodzących Gintarasa Einikisa oraz Andreja Fietisowa. I zastąpił! - Na początku było mi trochę ciężko. Z dala od rodziny, a do tego musiałem przyzwyczaić się do europejskiego stylu gry w koszykówkę. Cieszę się, że szybko przywykłem do tych warunków - mówił po zwycięskim finale z Prokomem Treflem Sopot. Śląsk wygrał go 4-1, Wright zdobywał w nim średnio 17,6 punktów, 9,2 zbiórki, miał 57 proc. skuteczności. Został MVP finału. To było ostatnie, do dzisiaj, mistrzostwo Śląska.

Potem Wright bezskutecznie próbował dostać się do NBA, grał w wielu europejskich ligach: w Hiszpanii, Izraelu, Niemczech i Francji, ale najdłużej w Turcji, której obywatelstwo przyjął w 2010 roku. Jego tureckie personalia to Ali Karadeniz. Przez moment Wright grał także w Korei, w ostatnim sezonie występował we francuskim Cholet.

I planował grać dalej. - Francuski klub opuścił w lutym, ale zamierzał wrócić do Europy, by kontynuować karierę. Gdy rozmawiałem z nim po raz ostatni, mówił, że jego zdaniem ma jeszcze dwa lata gry przed sobą - powiedział "Chicago Sun-Times" Randolph Berry, kuzyn Wrighta.

W trakcie długiej, europejskiej kariery Wright raz jeszcze olśnił kibiców z Polski - w 2009 roku trafił do Turowa. W debiucie zdobył przeciwko Polonii 17 punktów i 10 zbiórek, a potem regularnie niszczył kolejnych rywali pod koszem. Tyle że Turów grał słabo. W trakcie sezonu na stanowisku trenera Saso Obradovicia zastąpił Andrej Urlep, ale zespół i tak odpadł z walki o tytuł już w ćwierćfinale play-off, przegrał też z AZS Koszalin w finale Pucharu Polski.

Wright? Średnie z sezonu - 21,0 punktu, 6,5 zbiórki. Skuteczność - niemal 60 proc. W 31 meczach Wright ani razu nie zszedł poniżej 10 punktów. Był najlepszym wysokim graczem ligi, został MVP meczu gwiazd w Lublinie.

I takim go zapamiętamy.


środa, 11 listopada 2015
Czy Stelmetowi potrzebny jest Walter Hodge?

Fot. Anna Kraśko/Agencja Gazeta

We wtorek nasiliły się plotki o tym, że Walter Hodge wraca do Polski, a konkretnie do Stelmetu Zielona Góra. Według plotek z Turcji - za Dee Bosta, który jest ponoć bliski powrotu do Trabzonsporu. Możliwą układankę lepiej niż tureckie wpisy na Twitterze wyjaśnia Jacek Białogłowy z Radia Zachód. W skrócie: Hodge mógłby zastąpić w roli rzucającego kontuzjowanego JR Reynoldsa w najbliższych, ważnych w kontekście walki o awans do Top 16, meczach Euroligi z Pinarem Karsiyaka oraz Żalgirisem, a potem, gdy Reynolds wyzdrowieje, zastąpić Bosta, który podobno jest niezadowolony z roli zmiennika na pozycji rozgrywającego.

Właściciel Stelmetu Janusz Jasiński powyższej układance w rozmowie z Jackiem Białogłowym zaprzeczył. Ale przyznał też, że Hodge w Zielonej Górze przydałby się pod względem i marketingowym, i sportowym. Jasiński miał też powiedzieć, że ma sponsora chętnego opłacić kontrakt Portorykańczyka.

Co do względów marketingowych - nie ma wątpliwości, że powrót Hodge’a to byłoby coś i dla Zielonej Góry, i dla ligi. 29-letni obecnie Portorykańczyk w latach 2010-13 rozegrał w Zastalu/Stelmecie 111 spotkań, w których rzucał średnio po 18,3 punktu na mecz. Gdy w sierpniu 2010 roku trafił do Zielonej Góry mówił, że stylem gry przypomina Allena Iversona, po kilku tygodniach koledzy nazwali go zielonogórskim Kobe Bryantem. Hodge był mistrzem Polski z 2013 roku, MVP ligi z lat 2012-13, najlepszym strzelcem rozgrywek w sezonie 2011/12, trzykrotnym uczestnikiem meczu gwiazd.

Słowem: wielką gwiazdą. A na dodatek - wyrazistym, kochanym w Zielonej Górze człowiekiem. Jego powrót przyciągnąłby kibiców na trybuny, zainteresował meczami Stelmetu fanów z całej Polski. Może nawet klub zarobiłby na jego powrocie? - Chodzi też o "standing finansowy", czyli frekwencje na meczach - mówił Jasiński.

Czy Stelmet zyskałby na powrocie Hodge’a na boisko? Trener Saso Filipovski wypowiedział się na temat Portorykańczyka ciekawie, a ze słów „dla mnie najważniejszą gwiazdą jest zespół”, „chciałbym, żeby mój zespół dostał spokój do pracy” oraz „system u mnie jest najważniejszy”, dość łatwo można wywnioskować, że gdyby decyzja należała do Filipovskiego, to Słoweniec Waltera Hodge’a do drużyny by nie sprowadzał. Stelmet gra dobrze, stać go na kolejne niespodzianki o walkę o Top 16 Euroligi, rotacja wygląda na uporządkowaną. Na marginesie: na taką, która polskich kibiców powinna satysfakcjonować, bo sporą rolę odgrywają w niej reprezentanci Polski, z Mateuszem Ponitką na czele.

Owszem, zawsze można powiedzieć, że gracze zagraniczni mogliby być lepsi. Ale Vlad Moldoveanu i Dejan Borovnjak początek Euroligi mieli dobry, a Bost i w Europie, i w Polsce wnosi dużo do gry jako rezerwowy rozgrywający. Nemanja Djurisić i Reynolds? Do nich zastrzeżenia mieć można, ale po pierwsze: w szerokiej rotacji Stelmetu nie każdy może być graczem pierwszoplanowym, a po drugie: w zwycięskim meczu z Panathinaikosem akurat obaj mieli duże zasługi.

No, ale jeśli Reynolds jest kontuzjowany, a niezadowolony ponoć Bost ma odejść, to nowy gracz na obwód - przynajmniej do gry w Europie - jest potrzebny, tak? Czy potrzebny jest właśnie Hodge? Portorykańczyk w Zielonej Górze uczył się zawodowej koszykówki, rósł razem z zespołem - od żółtodzioba, do mistrza. Ale przez ostatnie dwa lata wiele się w Stelmecie zmieniło. Dojrzał klub, dojrzała drużyna. Organizacja aspiruje do poziomu euroligowego, drużyna Filipovskiego stawia na defensywę i uporządkowany system w ataku.

Hodge w Polsce wyróżniał się tym, że schematy łamał, że drużynę do zwycięstw prowadził raczej na swoich zasadach, że bliżej mu było do tzw. „Ivanhoe” niż gry uporządkowanej. Po odejściu z Zielonej Góry zagrał sezon poniżej swoich oczekiwań w Baskonii, w minionych rozgrywkach miał bardzo dobre statystyki w VTB jako koszykarz Zenitu Sankt Petersburg (16,3 punktu, 6,4 asysty). Mimo to, klubu nie znalazł. Dlaczego?

Pytań jest więcej: czy urodzony lider zaakceptowałby rolę jednego z trybów zespołu? Czy pogodziłby się z rolą zmiennika Łukasza Koszarka? W jakiej jest formie, skoro nie gra, a trenuje indywidualnie?

W TBL Stelmet będzie zdecydowanym faworytem do mistrzostwa z Bostem, z Hodge’em, ale też bez żadnego z nich. Dlaczego Kamil Zywert lub Marcel Ponitka mieliby nie udźwignąć w lidze ról zmienników Koszarka? Jeśli chodzi o Euroligę, to kluczowe wydają się dwa najbliższe mecze - wyjazdowe spotkania z Pinarem i Żalgirisem. Czy Hodge bez treningu będzie w stanie zrobić w nich różnicę?  Moim zdaniem - nie.

Ale moja przecząca odpowiedź wcale nie znaczy, że na tytułowe pytanie tego wpisu - czy Stelmetowi potrzebny jest Walter Hodge? - odpowiem przecząco. Kontuzja Reynoldsa, dostępność Hodge’a, względy marketingowe... Są argumenty i "za", i "przeciw", decyzja nie będzie łatwa.

Ciekawe, jaką podejmie Janusz Jasiński.

poniedziałek, 09 listopada 2015
Pięć cegieł o meczu Anwil - Asseco

Fot. Plk.pl

To było bardzo fajne spotkanie! Anwil wygrał je 82:76 i poprawił bilans na 4-1. Asseco walczyło do końca, ale nie starczyło mu sił - po tej porażce ma bilans 5-2.


1. Dlaczego Anwil wygrał? Bo w ostatnich pięciu minutach, gdy Asseco zbliżyło się nawet na jeden punkt (69:70, 71:72), opanowani i skuteczni byli weterani - ważne punkty z wolnych i z gry zdobywali Robert Skibniewski (pięć) oraz Piotr Stelmach (cztery). Ale żeby przewagę utrzymać, najpierw trzeba było ją wypracować - włocławianie budowali ją etapami: w pierwszej kwarcie udało się to po kontrach Kamila Łączyńskiego, który wykorzystywał straty Asseco, w drugiej Anwil odskoczył, gdy trafiać zaczął David Jelinek, w końcu w trzeciej, głównie dzięki trójkom Fiodora Dmitriewa, włocławianie mieli zryw 14:0 i prowadzili 54:42, a potem także 59:47. Anwil popełnił aż 19 strat, ale wygrał walkę o zbiórki (37:28), grał zespołowo (21 asyst), no i trafiał z dystansu (11/25, 44 proc.). Dlatego wygrał.

2. David Jelinek, gracz października w TBL, który przed poniedziałkowym meczem zdobywał średnio po blisko 30 punktów, przeciwko Asseco długo nie mógł się wstrzelić. Nieźle pilnowali go na początku Filip Matczak i przede wszystkim Piotr Szczotka, goście przekazywali sobie Czecha przy każdej zasłonie. A ten pudłował - miał 0/5 z gry, gdy w końcu trafił dwa wolne w 16. minucie. Ale potem dodał trójkę z narożnika, minął Matczaka trafiając z faulem, a na początku trzeciej kwarty trafił dwa kolejne rzuty za trzy. Rzut wolny w ostatnich sekundach dał mu w sumie 15 punktów.

Czech zaimponował jednak asystami, które kolekcjonował od początku - odgrywał po wejściach, podawał do podkoszowych, odrzucał piłkę na obwód, a ozdobą była mocna piłka pod kosz do Stelmacha, którą posłał w końcówce czwartej kwarty. Jelinek zaliczył w sumie aż dziewięć asyst, co z sześcioma zbiórkami dało dobrą linijkę statystyczną, zepsutą trochę przez 4/12 z gry i cztery straty.

3. Kto był najlepszym graczem Anwilu? Nie podejmuję się typować. Najwięcej, 16 punktów, zdobył Stelmach. Wspomniany Jelinek miał zryw punktowy i grał dla zespołu. Dmitriew rzucił 12 punktów (4/5 za trzy), w tym bardzo ważne podczas zrywu 14:0. Skibniewski trafił dwa wolne i miał ładne wejście zmieniając wynik z 72:71 na 76:71, dodał też pięć asyst i miał najlepszy w drużynie wskaźnik +/-, +15. Do tego 10 punktów rzucił Tomaszek, a Łączyński najszybciej dopadał do bezpańskich piłek w pierwszej połowie. - To było zwycięstwo drużynowe - powiedział po meczu przed kamerą Polsatu Jelinek.

4. Asseco nie pękło. Początek trzeciej kwarty był słaby, zespół zablokował się w ataku i nie zdążał do strzelców Anwilu, ale drużyna się podniosła. Poderwał ją Sebastian Kowalczyk, który w końcówce tej części zdobył siedem punktów po efektownych akcjach. W ostatniej sekundzie rozgrywający Asseco trafił z własnej połowy, czym zmniejszył straty do 52:59 i dał impuls drużynie.

Kowalczyk zakończył mecz z 13 punktami, 14 (4/7 za trzy) dodał Przemysław Frasunkiewicz, a 21 i sześć asyst dodał Anthony Hickey, którego gospodarze nie potrafili upilnować. Amerykanin momentami był za szybki, zresztą całe Asseco grało w myśl zasady „run and gun”, które podczas meczu przetłumaczyłem sobie na polskie „goń i rań”. Punkty z kontry? 22:9 dla Asseco. Punkty po stratach? 29:12.

5. Źle zaczął to spotkanie Matczak, na którego oglądanie szykowałem się bardziej niż na Jelinka. 22-letni strzelec miał 1/8 gry, gdy popełnił czwartą stratę, noszoną piłkę bez nacisku obrońcy. Wydawało się, że to nie jest jego dzień, jednak w czwartej kwarcie Matczak miał swoje pięć minut. Zdobył siedem punktów i to on, obok Hickey’a i Kowalczyka, sprawił, że Asseco zbliżyło się do Anwilu na punkt. Gdyby gdynianie wygrali, Matczak miałby w tym swój spory udział.

Ostatecznie strzelba Asseco skończyła mecz z dziewięcioma punktami (4/13 z gry), dwoma zbiórkami, asystami i przechwytami oraz czterema stratami. Matczak, który podobnie jak Jelinek skupiał na sobie większą uwagę obrońców, nie miał w poniedziałek tego, co pokazał Czech - dobrego podania. Albo próbował za rzadko, albo za słabo.

PS Poza wieloma dobrymi akcjami, we Włocławku była też jedna śmieszna - wtedy, gdy Jelinek zaprosił Dmitriewa do ratowania wypadającej na aut piłki. Wybijał ją gracz Asseco, obaj skrzydłowi Anwilu mogli jej na to pozwolić, ale Jelinek jednak chciał ją dopaść. Dopadł, ale... Zresztą, zobaczcie sami. Nadaje się do Shaqtin a Fool, prawda? A może do Kolorowych Jarmaków?

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47