A skull full of basketball maggots
RSS
piątek, 06 listopada 2015
Stelmet to nie są leszcze

Fot. Anna Kraśko/Agencja Gazeta

Wreszcie, do czterech razy sztuka! Po przegranych końcówkach z Żalgirisem (62:66), Barceloną (72:78) oraz Lokomotiwem (75:83), w piątek w hali CRS Stelmet utrzymał w ostatnich minutach przewagę nad Panathinaikosem i pokonał utytułowany zespół z Grecji 71:68.

Bohaterów było wielu - Mateusz Ponitka zdobył 13 punktów i miał 10 zbiórek. Dejan Borovnjak dodał, odpowiednio, 12 i siedem. J.R. Reynolds zaliczył siedem asyst, Łukasz Koszarek trafił bardzo ważną trójkę na 68:63, a Nemanja Djurisić zebrał piłkę w ataku i wykorzystał dwa rzuty wolne ustalając wynik meczu na dziewięć sekund przed końcem.

A to, co najlepsze, zaczęło się od Szymona Szewczyka. Stelmet wystartował w piątek dobrze, prowadził 7:2 oraz 11:6, ale to 34-letni weteran dwiema trójkami na początku drugiej kwarty dał większą przewagę, poderwał kibiców, natchnął kolegów. Szewczyk trafił dwukrotnie w ciągu 98 sekund, w obu przypadkach podobnie uciekając rywalom na obwód po postawieniu zasłony.

Zrobiło się 27:18 dla gospodarzy i podobne prowadzenie Stelmetu utrzymywało się bardzo długo, aż do połowy czwartej kwarty. W niej cwani goście z Aten wykorzystywali doświadczenie, pchali piłkę pod kosz, wymuszali faule, lepiej bronili, zablokowali kilka rzutów i zbliżyli się na dystans jednego trafienia. Po trójce Jamesa Feldeine’a - wyrównali, było 63:63.

Ale wtedy dwa wolne trafił Reynolds, a po chwili trójkę z ponad siedmiu metrów rzucił Koszarek. Dimitris Diamantidis odgryzł się podobnym rzutem, w ostatniej akcji rywale dwukrotnie próbowali trafić za trzy, ale to im się nie udało. Stelmet wygrał! Wreszcie.

Co ta wygrana oznacza? Radość nas wszystkich, oczywiście. Ale też impuls dla Stelmetu, który - jakkolwiek by to nie zabrzmiało - wciąż liczy się w walce o awans do Top 16. Tak, pamiętam, że od 2010 roku polskie drużyny mają w Eurolidze bilans 9-42. Wiem, że Prokom, Stelmet i Turów ani razu w ostatnich pięciu sezonach do tego etapu nie doszły. Ale też fakty są takie, że po czterech kolejkach trzy drużyny w grupie C (Pinar Karsiyaka, Stelmet i Panathinaikos) mają bilans 1-3. A Stelmet w żadnym spotkaniu nie został rozbity, dwie-trzy lepsze akcje z Barceloną czy Lokomotiwem mogły dać wygraną.

W Zielonej Górze, patrząc na grupowych rywali, nie stawiano sobie przed sezonem wielkich celów. Powalczyć, postawić się, sprawić niespodziankę, może dwie, wykorzystując niedostateczną mobilizację faworytów na początku sezonu. W piątek z Panathinaikosem to się udało, kolejne spotkanie 13 listopada w Izmirze. Tam, gdzie przegrała w 1. kolejce Barcelona, tam, gdzie Stelmet na pewno nie będzie faworytem.

Ale o mistrzach Polski z Zielonej Góry można w tym sezonie Euroligi mówić tak, jak przed piątkowym meczem żartobliwie o Panathinaikosie mówił Ponitka: „To nie są leszcze, Stefan”.



czwartek, 05 listopada 2015
Pięć cegieł o meczu Rosa - Turk Telekom

Najpierw krótki wstęp - brawa dla Rosy! Nie za środowy mecz z Turk Telekom, ale za kolejny krok w rozwoju i zdecydowanie się na grę w europejskich pucharach (FIBA Europe Cup). W Radomiu od kilku lat budowana jest koszykarska piramida, klub ma już drużyny w TBL oraz w ligach pierwszej, drugiej i trzeciej. Teraz powstałą organizację trzeba rozwijać i krok do Europy jest naturalny - dla klubu, dla drużyny, dla kibiców. Fajnie, że Rosa znalazła na to pieniądze, fajnie, że zespół ma szansę zmierzyć się z zespołami z innych lig, fajnie, że na meczu z Turk Telekom była pełna hala kibiców. Wciąż ta stara, ale projekt i pozwolenie budowy na nową znów są, przetarg już trwa. Oby za kilka lat Radom chwalił się pięknym obiektem, oby grała w nim świetna drużyna budowana na tych dzisiejszych doświadczeniach.


1. Pierwszy domowy mecz Rosy w europejskich pucharach źle się zaczął i źle się skończył. Turk Telekom, siódmy zespół poprzedniego sezonu w swojej lidze, który obecne rozgrywki rozpoczął od bilansu 0-3, okazał się w środę dużo mocniejszy. Zaczął mecz od prowadzenia 10:0 dzięki agresywnej obronie, naciskowi na gracza z piłką i odcinania reszty od podań, a potem kontrolował wynik. Rosa się zbliżała, w drugiej kwarcie było tylko 25:26, a w trzeciej 51:59, ale w trudniejszych momentach Turk Telekom reagował tak, jak powinien. Spokojnymi, cierpliwymi i skutecznymi akcjami. Goście bez większych problemów powiększali przewagę. Wygrali 84:68.

2. Rosa miała niezłe momenty, ale przez większość meczu słabo broniła. Rywale trafili 52 proc. rzutów z gry i reagowali na to, co grali gospodarze. W pierwszej kwarcie zdobyli mnóstwo łatwych punktów spod kosza, a kiedy Rosa pole trzech sekund zacieśniła, znajdowali pozycje na obwodzie. Najlepiej grali Amerykanie Ben Woodside (19 punktów, dziewięć asyst i cztery przechwyty, choć także aż siedem strat) oraz Michael Jenkins (21 punktów, z czego osiem z rzędu w czwartej kwarcie, także siedem zbiórek i cztery przechwyty). Na dodatek ten pierwszy przez większość czasu wywierał skuteczną presję na rozgrywających Rosy, głównie na Torey’u Thomasie.

3. Amerykanin, który ma być w Rosie generałem, zagrał słabo. W pierwszej kwarcie - irytująco słabo. Spudłował łatwy rzut, został zablokowany, mocno przestrzelił trójkę, przetrzymywał piłkę... Potem było niewiele lepiej, choć trzeba przyznać, że w drugiej kwarcie trzy trójki Thomasa praktycznie wypadły z kosza. Amerykanin trafił tylko trzy z 13 rzutów z gry, uzbierał 11 punktów i trzy asysty. Mało. Thomas co prawda trafił za trzy sprzed linii połowy na koniec trzeciej kwarty, co pozwoliło Rosie zmniejszyć straty do 54:64, ale żadnego impulsu to nie dało. A jeśli już, to gościom, którzy ostatnią część zaczęli od mocnej obrony i, znów, łatwych punktów spod kosza.

4. Rosie przez większość meczu, a szczególnie na początku, brakowało ruchu w ataku. Ruchu piłki, którą przetrzymywał często Thomas, ale też ruchu zawodników bez piłki. I wejść pod kosz, atakowania wysoko wychodzących obrońców, wymuszenia faulu. Brakowało też Michała Sokołowskiego, który leczy kontuzję kostki. „Sokół” tego meczu by raczej nie odmienił, nie poprowadziłby Rosy do wygranej, ale niewątpliwie dałby drużynie więcej niż schowany, jakby stremowany Łukasz Bonarek.

5. Daniela Szymkiewicza zostawiłem na koniec, żeby zakończyć tę notkę czymś pozytywnym. Owszem, najwięcej punktów zdobyli dla Rosy CJ Harris (21) i Igor Zajcew (13), ale najlepiej oglądało się 21-letni rozgrywającego. Dlatego, że zagrał odważnie, że momentami udawało mu się podrywać zespół. Tak było w pierwszej kwarcie, gdy zmienił Thomasa. Aktywność w obronie, asysta, punkty z kontry, potem zbiórka i dobitka... Do tego szybkie cztery punkty z rzędu w trzeciej kwarcie i ładne podanie do Sejda Hajricia, który fatalnie spudłował z bliska. W 20 minut Szymkiewicz miał 10 punktów (5/7 z gry), pięć zbiórek, trzy asysty, choć i cztery straty. Popełniał błędy (za szybko przerwany kozioł, niewykończona kontra czy faul ofensywny), ale występ zdecydowanie na plus.

Fot. Marcin Kuncewicz/Agencja Gazeta

EuroBasket 2017 w Polsce? Dobrze czy źle?

Polska jest w ścisłym gronie kandydatów do organizacji EuroBasketu w 2017 roku. Jacek Jakubowski, sekretarz generalny PZKosz, szanse na organizację rozgrywek jednej z grup w Łodzi szacuje na duże, a ja się zastanawiam, czy EuroBasket w Polsce powinien być pożądany, czy nie.

Z jednej strony mielibyśmy szansę na wypromowanie kosza w kraju, czyli naprawienie błędów sprzed sześciu lat. W 2009 roku doraźne akcje trwałych efektów nie zostawiły, może teraz byłoby inaczej? Co prawda ewentualna koszykarska gorączka dotyczyłaby tylko jednego miasta, ale jednak mistrzostwa w Polsce wzbudzają większe zainteresowanie niż we Francji, w Finlandii czy w Turcji. Może PZKosz zdołałby wykorzystać je także do zarobku?

Z drugiej strony organizacja EuroBasketu w 2017 roku oznacza puste, pozbawione wartościowych meczów lato 2016. Owszem, reprezentacja odbyłaby zgrupowanie, rozegrałaby kilkanaście sparingów, ale - to frazes - żaden sparing nie zastąpi meczu o punkty. Naprawdę wolę twarde boje z Izraelem, Austrią, Ukrainą itd., niż towarzyskie sprawdziany z Argentyną, Chinami czy Nigerią. To w tych pierwszych rośnie drużyna, to tych pierwszych tak brakuje Polakom.

Ale jest jeszcze trzecia strona, czyli polskie marzenia o NBA. Wyobrażam sobie, że latem 2016 roku Przemysław Karnowski, Mateusz Ponitka i Adam Waczyński będą chcieli grać w ligach letnich, by się wypromować, załapać do NBA. W takiej sytuacji dla reprezentacji lepiej byłoby, gdyby miała luźniejsze lato. Bo, nie kwestionując chęci tej trójki zawodników do gry w kadrze, wiadomo, że liga letnia zakłóciłaby cykl przygotowań drużyny do eliminacji. A Karnowski, Ponitka i Waczyński to przecież jej bardzo ważne postacie.

Decyzja o tym, kto będzie gościł EuroBasket w 2017 roku zostanie podjęta w dniach 11-12 grudnia.

piątek, 18 września 2015
"Z dystansu". Jak trafiał Andrzej Pluta

„Domagałem się minut, wykłócałem o zagrywki na mnie, rzucałem wbrew ich woli. Mówiłem w twarz, co myślę. Tak, miałem wielkie ego i nie współpracowało się ze mną łatwo. Na boisku byłem w pewien sposób chamski. Gdy pojawiała się szansa na rzut, to rzucałem. A rzucać kochałem.”

No, takiego Andrzeja Pluty to chyba raczej nie znaliśmy?

„W parze z moim krnąbrnym charakterem szła wielka pracowitość”.

Już lepiej. Bo Pluta to praca. Praca, praca, praca. Tak, jak jego ojciec, który przez 11 lat pracował przez siedem dni w tygodniu na nocnych zmianach w kopalni, bo te zmiany dawały ważne dla pięcioosobowej rodziny bonusy, tak Andrzej, przez ponad 20 lat nieustannie pracował nad rzutem, techniką, obroną, kondycją, bo to była droga do spełnienia jego marzeń. Z 14-letniego, mierzącego 168 cm wzrostu chłopaka z Rudy Śląskiej, wyrósł na jednego z największych polskich koszykarzy przełomu wieków. Największych, mimo ostatecznie ledwie 182 cm wzrostu

„Serce i wola walki ponad wszystko. Wsadź sobie w buty najlepsze analizy świata, jeśli będziesz miał leniwych wykonawców. Przecież to jest w tej książce najważniejsze, żebyście zrozumieli dzięki niej: wszystko siedzi w głowie. Jeśli mózg zmusi ciało do wysiłku, to jesteście w stanie osiągnąć, co tylko chcecie.”

I o tym jest jego książka, autobiografia „Z dystansu”, którą Pluta napisał wspólnie z Łukaszem Pszczółkowskim. Koszykarz i pracownik Anwilu Włocławek przeprowadzają nas przez trwającą od początku lat 90. karierę, opisując dokładnie kolejne sezony, wszędzie, gdzie to możliwe podkreślając, jak ważna była sumienna praca.

Każdy fan koszykówki znajdzie w tej książce coś dla siebie. Są fragmenty, które można uznać za motywacyjne, są ciekawe historie dotyczące polskiej ligi, są anegdoty dotyczące trenerów i koszykarzy. Mnie najbardziej interesowały konkrety dotyczące tej sławnej pracy Pluty, a także to, co siedziało w głowie charakternego, ambitnego Ślązaka, ale też łasego na rzuty strzelca, snajpera.

Podczas lektury biegałem zatem za Plutą po Radzionkowie, najlepiej na mierzące 370 m wzniesienie Księża Góra, na którym koszykarz znał każdy dołek, dziurę i korzeń. Patrzyłem, jak robi pompki - po 300 dziennie, w seriach po 50. Potem były treningi biegowe na stadionie w Bytomiu - Pluta mówił o nich „interwały”, jego żona Justyna, której koszykarz zawdzięcza wiele, nazywała je „killerami pierona”. No i te rzuty... Jeden z najciekawszych fragmentów w książce, choć to raptem nieco ponad strona, to właśnie opis plutowej recepty na trójki. O istocie techniki, ruchu całego ciała, tysięcy powtórzeń, umiejętności podjęcia błyskawicznej decyzji, odczytania ruchów obrońców. I trików. To one pozwalały Plucie na znakomitą skuteczność - w sezonie 2008/09 koszykarz trafił przecież 50 proc. trójek, dokładnie 84 ze 168. Aż dziw, że Pluta nie zgodził się na pomysł trenera Emira Mutapcicia, który chciał nakręcić film instruktażowy o tym, jak powinno się rzucać.

„Dokładnie” to też ważne słowo w kontekście książki. Pluta przytacza wyniki, statystyki, książkę kończy wykaz jego wszystkich meczów w karierze. Są daty, drużyny, wynik i punkty. „Ktoś powie: gazeciarz. Przykłada wagę do jakichś śmiesznych rekordów, podnieca się liczbami, zbiera wycinki prasowe. Cóż, taki byłem i jestem” - pisze Pluta.

Ale zwracanie uwagę na statystyki to jedno, a obsesja rzucania - drugie. Pluta przyznaje, że na rzuty był łasy, pisze: „Podczas meczów czasem zachowywałem się jak gnojek, który nie podał, tylko sam ciepnął za trzy. Jak miałem pozycję i piłkę w rękach, to jakaś przedziwna siła lokowała moją koncentrację na pomarańczowej obręczy. Resztę boiska momentalnie przesłaniała mi mgła”. Pluta pisze, że łamał zagrywki, nie silił się na koleżeństwo, wywoływał pianę na ustach kolejnych trenerów. Aż szkoda, że nie ma w książce ich punktu widzenia. Jak widzieli Plutę Andrej Urlep, Dariusz Szczubiał, Eugeniusz Kijewski?

Dyscyplina, ciężka praca i funkcjonowanie pod ciągłym napięciem musiały mieć jednak skutki uboczne. I u Pluty były nimi nocne zrywanie się z łóżka i niekontrolowane zachowania - np. ćwiczenie pozycji obronnej w hotelowym pokoju. Ważniejszym, dominującym wręcz skutkiem była jednak dobra gra, kolejne punkty, awans do reprezentacji, bycie gotowym na debiut w szalenie ważnym meczu. 28 października 1996 roku w Wałbrzychu Polska musiała wygrać ze Szwecją, by liczyć się w grze o mistrzostwa Europy i Pluta, który wszedł z końca ławki na parkiet po kontuzji Roberta Kościuka, jej to zapewnił. 26 punktów, sześć asyst - „Książę Wałbrzycha”.

To, czego mi w książce brakuje, to próby dokładniejszego wytłumaczenia reprezentacyjnego załamania po 1997 roku. Zespół, który był blisko awansu do półfinału ME i na mistrzostwa świata, przegrał eliminacje do czterech kolejnych EuroBasketów. Dlaczego? Pluta tłumaczy to, m.in. słabszym kolejnym pokoleniem, które nie wywierało nacisku na Wójcików, Zielińskich czy Tomczyków, a także nietrafionymi decyzjami odnośnie nowych trenerów, ale mimo wszystko można mieć niedosyt. Z kolei uśmiech i niedowierzanie - przynajmniej u mnie - wzbudza fragment, w którym Pluta twierdzi, że gdyby drużyna z 1997 roku zebrała się w tej chwili do wspólnych treningów, to pokonałaby obecną reprezentację Polski.

Książkę czyta się jednak tak, jak grał Pluta - bardzo dobrze. Ciekawe są fragmenty o ważnych postaciach jego kariery - Urlepie, Tomasie Pacesasie, Kordianie Korytku. Uśmiech wzbudzają anegdoty o Mariuszu Sobackim, negocjacjach z klubami, zastanawia fragment o alkoholowej chorobie Gintarasa Einikisa, który grał tym lepiej, im więcej pił. Wzloty i upadki polskiej ligi przypominamy sobie lub poznajemy podróżując z Rudy Śląskiej do Bytomia, Słupska, Pruszkowa, Włocławka, Sopotu i Zgorzelca, sezon spędzamy we Francji, jeździmy z Plutą na mecze europejskich pucharów.

Pluta zakończył karierę w 2011 roku. „Gdybym miał inny charakter, mógłbym jeszcze kilka sezonów pograć. Pójść gdzieś do Dąbrowy Górniczej lub Starogardu Gdańskiego i jeszcze latami pykać swoje firmowe trójki. [...] Tylko po co? Dla pieniędzy? Zarobiłem na koszykówce tyle, ile mi się nawet nie śniło. Jako pierwszy w rodzinie zrobiłem prawo jazdy, jako pierwszy kupiłem samochód, jako pierwszy wybudowałem dom. Trzeba przyjąć to z pokorą i docenić” - pisze Pluta.

Takiej pokory i pracowitości, jaką miał on, można życzyć wszystkim. Nie tylko koszykarzom, nie tylko sportowcom.

poniedziałek, 07 września 2015
Ostatnia wygrana Polski z Francją

W meczach o punkty mamy z Francją bilans 9-11. We wszystkich spotkaniach, łącznie ze sparingami - 19-38.

Ale z ostatnich 10 meczów z aktualnymi obrońcami tytułu, wygraliśmy tylko jeden - 1 sierpnia 2008 roku na turnieju w Bormio. I tak się szczęśliwie składa, że na tym meczu byłem. Poniżej relacja:

Polska lepsza od Francji

Reprezentacja koszykarzy przegrywała już w Bormio z Francuzami 29:42, ale w drugiej połowie odrobiła straty i ostatecznie zwyciężyła 82:76. Najwięcej punktów, po 13, zdobyli rozgrywający - Krzysztof Szubarga i Łukasz Koszarek.

Polacy zaczęli fatalnie. Już w pierwszych minutach popełnili mnóstwo błędów - szybkie, niepotrzebne faule złapali Robert Tomaszek i Szubarga, Michał Ignerski w ciągu kilkunastu sekund nadział się na bloki Pape Badiane'a, a w międzyczasie zaliczył pudło z półdystansu. Iwo Kitzinger tradycyjnie popełnił faul ofensywny i miał złe podanie.

Po czterech minutach Polacy przegrywali 5:13 i trener Muli Katzurin wziął czas. Selekcjoner był zdenerwowany bardziej niż zwykle miał pretensje do swoich graczy o niemądrą grę. Chodziło mu i o decyzje w ataku, i o błędy w obronie. Katzurin robił zmiany, ale efektu nie było.

Praktycznie tylko Wojciech Szawarski skorzystał z kolejnej szansy, którą dostał od Izraelczyka. 29-letni strzelec regularnie dostawał minuty na parkiecie, ale blokował się i pudłował. Tym razem Katzurin wypuścił go w pierwszej piątce, a Szawarski wykorzystał w pierwszej kwarcie cztery rzuty wolne i trafił trójkę.

To było jednak o wiele za mało na Francuzów. Całkowicie przemeblowana ósma drużyna ostatnich mistrzostw Europy (w piątek nie zagrał w niej żaden zawodnik w NBA, a ośmiu graczy debiutowało w reprezentacji zaledwie dzień wcześniej) broniła bardzo agresywnie - polscy rozgrywający pilnowani byli na całym parkiecie, a na dodatek musieli zmagać się z pułapkami na środku boiska, czyli podwajaniem. Polacy tracili przez to sekundy w ataku i źle rozgrywali atak pozycyjny. Poza tym Francuzi, świadomi zapewne zagrożenia, jakie stwarzają pod koszem Marcin Gortat i Szymon Szewczyk, dokładnie pilnowali wysokich zespołu Katzurina. Czteropunktową stratę po pierwszej kwarcie (15:19) należało potraktować jako dobry wynik.

Najgorsze przyszło na początku drugiej części. Polacy ciągle popełniali błędy i to coraz prostsze. Ignerski źle wybił piłkę zza linii końcowej, chwilę później w podobnej sytuacji w aut wyrzucił ją Paweł Kikowski, a w międzyczasie mierzący zaledwie 170 cm wzrostu Marc-Antonie Pellin wyjął piłkę z kozła Szubardze. Dotychczas było to firmowe zagranie Polaka...

Po stracie Gortata (kroki) serię trafień za trzy punkty rozpoczął Nando De Colo i Francuzi prowadzili 26:17. Katzurin pieklił się na ławce i nakazał wstawki obrony strefowej, ale ta, praktycznie nie ćwiczona przez Polaków od początku zgrupowania, była dziurawa. Biało-czerwoni nie zdążali do De Colo, który szybko trafił dwie kolejne trójki. Jedną dorzucił William Soliman i Francuzi mieli już po 13 punktów przewagi (32:19 i 42:29).

De Colo w pierwszej połowie zdobył aż 14 punktów. 21-letni zawodnik to nadzieja francuskiej koszykówki. De Colo był objawieniem ostatniego sezonu w lidze w Cholet. Młody rzucający ma jeszcze dwuletni kontrakt z klubem, ale interesuje się nim Dynamo Moskwa. Francuzi nie chcą go jednak puścić i stawiają za niego zaporową cenę - 1 mln euro.

W końcówce pierwszej połowy Polacy zagrali twardziej i wreszcie zdobyli kilka punktów z rzędu w ataku. W dużo lepszej dyspozycji wrócił na parkiet Kitzinger, punkty zdobywał Szewczyk, pod koszem skuteczny był Gortat. Polacy zmniejszyli straty do siedmiu punktów (38:45).

Po przerwie biało-czerwoni zaczęli mocno - Tomaszek dwukrotnie wykorzystał pod koszem swoją siłę (raz dobre podanie Kitzingera), Szubarga trafił za trzy i po trzech minutach było już tylko 45:47.

Potem był chwilowy przestój, ale dwie trójki doprowadziły do remisu - najpierw trafił Koszarek (z podania Ignerskiego), potem Ignerski, po dobrym rozrzuceniu piłki przez Koszarka. Było 51:51. Polacy nie przegrywali już pojedynków na desce (w pierwszej połowie Francuzi przeskakiwali pod obręczą nawet Gortata), no i lepiej bronili.

Na parkiet wrócił De Colo, ale przeciwko Koszarkowi zdobył tylko dwa punkty, a że sam dobrym obrońcą nie jest, to złapał dwa szybkie faule na Koszarku i Szubardze i wrócił na ławkę rezerwowych. Chwilę później, po trzypunktowej akcji, na pierwsze prowadzenie w meczu wyprowadził Polaków Ignerski (58:57 w 29. minucie). Ale po trzech kwartach było 58:59.

Ostatnia część zaczęła się od kroków Gortata i kosza Francuzów, ale potemPolacy zdobyli 10 punktów z rzędu nie tracąc żadnego. Najpierw dobry moment mieli Szubarga i Koszarek. Pierwszy trafił za trzy, drugi taką akcję powtórzył, a potem mądrze zagrał jeden na jeden z mającym cztery faule De Colo. Wówczas do gry wkroczyli podkoszowi (Szewczyk i Gortat), którzy od kilku minut opanowali deskę w obronie. Kiedy zaczęli dominować w ataku, zdobywali punkty. Po dobitce Gortata było już 70:62. Chwilę później środkowy Orlando Magic zablokował pod koszem Claude'a Marquisa i wydawało się, że Polacy zaraz powiększą przewagę. Ale trener Francji Michel Gomez poprosił o czas, po którym De Colo szybko zdobył pięć punktów.

Cztery minuty przed końcem było tylko 70:67 dla Polski.
Katzurin wprowadził na parkiet Szawarskiego za Szewczyka i strzelec od razu miał dobrą asystę do Ignerskiego, który trafił z półdystansu. Francuzi się jednak nie poddawali, do kosza znów trafił De Colo. W odpowiedzi jeden na jeden zagrał z nim Koszarek, wymusił faul i świetny strzelec Francji zakończył mecz.

W roli snajpera zastąpił go Thomas Dubiez (trójka), ale szybką trzypunktową akcją odpowiedział Szwarski (78:72).

Przy stanie 78:75 dla Polski, na 41 sekund przed końcem, rzuty wolne wykonywał Koszarek. Złożył się do pierwszego i... w hali Pentagono przygasło światło. Piłka nie wpadła do kosza i powstało zamieszanie. Ale nie o ewentualne powtórzenie rzutu, tylko o czas, który pozostał do końca. Przez chwilę przy stoliku było nerwowo, ale w końcu ustalono, że do dogrywane będą 43 sekundy.

Koszarek spudłował drugi rzut, a mecz kończył się przy przygaszonych lampach. Francuzi nie trafili do kosza, a Kitzinger wykorzystał 15 sekund przed końcem oba rzuty wolne, a wynik meczu, także z linii, chwilę później ustali Szawarski.

Biało-czerwoni, którzy w pierwszym meczu przegrali 75:90 z Włochami, dzisiaj zagrają w ostatnim meczu turnieju z Izraelem.

Polska - Francja 82:76. Kwarty: 15:19, 23:26, 20:14, 24:17. Polska: Szubarga 13 (2), Szawarski 12 (1), Gortat 9, Kitzinger 7 (1), Tomaszek 4 oraz Koszarek 13 (2), Szewczyk 12 (1), Ignerski 12 (2), Frasunkiewicz 0, Kikowski 0, Mróz 0. Francja: Dubiez 12 (3), Soliman 11 (3), Bokolo 4, Badiane 4, Cazalon 2 oraz De Colo 22 (3), Gradit 8, Marquis 4, Issa 4, Tchicamboud 3, Pellin 2.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47