|
poniedziałek, 20 lutego 2012
Sezon Politechniki na zdjęciach
Nie na wszystkich zdjęciach, bo tylko tych z Plk.pl. I nie cały sezon, bo nie dość, że zakończył się dopiero pierwszy etap rozgrywek Tauron Basket Ligi, to na dodatek na oficjalnej stronie ligi nie ma fotografii z każdego spotkania Politechniki. Coś tam jednak jest, ja wybrałem taką historię: 9 października, Politechnika - Trefl 66:83
Pozamiatane? 12 października, Czarni - Politechnika 81:70
Typowy reprezentant drużyny naukowej - jeden korpus, ale cztery ręce i dwie głowy: Leszek Popiołek znany także jako Marek Karwowski. 15 października, Polpharma - Politechnika 64:75
Panie Leszku! Dziewczyny patrzą... 23 października, PBG - Politechnika 80:68
Porażki bolą. 26 października, Śląsk - Politechnika 78:63
Pięciu na jednego, ale Robert Skibniewski i tak daje radę. 30 października, Politechnika - Zastal
Nie płacą, nie dają butów, ale mamy klubowe skarpetki! 2 listopada, Turów - Politechnika 89:63
Jarosław Mokros zbiera się do... Hm, nie jest łatwo. 10 listopada, Siarka - Politechnika 89:83
Coraz trudniej powiedzieć coś pozytywnego... 20 listopada, Politechnika - ŁKS 68:76
Jedno trzeba im przyznać - starali się, szczególnie w końcówce sezonu. 27 listopada, Anwil - Politechnika 91:76
- Lechu, a jaki to antyperspirant? 4 grudnia, Trefl - Politechnika 95:72
Mateusz Ponitka nad Łukaszem Koszarkiem! I kto tu wygląda na bezradnego? 10 grudnia, Politechnika - Czarni 66:75
Pozamiatane. 14 grudnia, Politechnika - AZS 71:94
- Dobra zmiana, Maro! 18 grudnia, Politechnika - Polpharma 92:72
Spójrzcie na wynik w tle! Wreszcie zwycięstwo po serii 10 porażek! 23 grudnia, Politechnika - Kotwica 64:80
Nie nadają na tej samej linii. 12 stycznia, AZS - Politechnika 69:80
Uda się, uda, uda... Udało. 18 stycznia, Politechnika - Śląsk 74:87
Dobry debiut Sebastiana Kowalczyka w meczu ze Śląskiem. 22 stycznia, Politechnika - Siarka 85:88
Karwowski vs Karnowski. 5 lutego, ŁKS - Politechnika 65:77
- To ty już nie grasz z nami?! 8 lutego, Politechnika - Turów 71:93
Patryk Pełka, bohater ostatnich akcji. 12 lutego, Politechnika - Anwil 62:86
Maciej Kucharek, 5/6 za trzy w pięciu meczach. I tak to, chyba, mniej więcej wyglądało, prawda?
niedziela, 19 lutego 2012
Oceny koszykarzy Politechniki
AZS Politechnika w pierwszym etapie rozgrywek Tauron Basket Ligi zajęła 12. miejsce z bilansem 6-18. Słabiutkim, jeśli weźmie się pod uwagę, że wystarczył do zaledwie przedostatniej pozycji w tabeli, przyzwoitego, jeśli oceni się... liczbę rozegranych spotkań. Komplet, 24 mecze, to zwycięstwo Politechniki, która w grudniu była na krawędzi wycofania się z rozgrywek. Z drugiej strony - trudno mówić o jakimkolwiek zwycięstwie, skoro po częściowym wyrównaniu zaległości finansowych wobec graczy klub znów nie płaci. Cóż, Politechnika to obraz nędzy i rozpaczy. Zostawmy jednak na boku problemy organizacyjne i zastanówmy się jak grali koszykarze. Postanowiłem ocenić każdego z nich za pierwszy etap stosując szkolną skalę od 1 do 6. Leszek Karwowski (22 mecze, 9,1 punktu oraz 4,6 zbiórki, 43 proc. z gry, średnio 22 minuty. Przy wielkim szacunku dla kapitana Politechniki - jako koszykarza i jako człowieka - należy odnotować, że trwający sezon był dla Karwowskiego słabszy niż ostatni w ekstraklasie. Był, bo paskudna, przykra kontuzja (złamanie kości jarzmowej i pęknięcie oczodołu) może wykluczyć 37-letniego podkoszowego z gry do końca rozgrywek. To wielka strata dla zespołu. Wielka, choć Karwowski zdobywał mniej punktów niż dwa lata temu w Polonii 2011 (13,8), trafiał z gorszą skutecznością i zbierał mniej piłek. Jasne, jego rola zmalała wraz ze wzrostem Piotra Pamuły, Michała Nowakowskiego, Patryka Pełki czy pojawienia się Mateusza Ponitki, ale poza tym, niewątpliwie, Karwowski gra po prostu słabiej niż w poprzednich latach. Ocena: 3+ Marcin Kolowca (20 meczów, 4,5 punktu oraz 4,0 zbiórki, 41 proc. z gry, średnio 18 minut) Jeśli poważne kontuzje koszykarzy Politechniki zdarzają im się w kolejności alfabetycznej, to niech drży Sebastian Kowalczyk... Pukam w niemalowane! Ale fakt, prawe kolano Kolowcy, kiedyś już operowane, nie wytrzymało trudów i wymaga artroskopii. Powrót środkowego Politechniki też jest mało prawdopodobny. Kolowca, znacznie mniej widoczny grać niż Karwowski, robił swoje. Wychodził, pobił się, zebrał kilka piłek, dorzucił jakieś punkty, faulował. Poza rzadkimi wyjątkami - w Tarnobrzegu na początku meczu konsekwentnie dostawał podania, które regularnie zmieniał na punkty - był po prostu dryblasem, który miał pilnować środkowych rywali. Szału nie robił. Ocena: 3 Sebastian Kowalczyk (5 meczów, 2,8 punktu oraz 1,0 asysty, 1,6 straty, średnio 10 minut) 19-letni rozgrywający zadebiutował w trybie awaryjnym w trakcie sezonu - w pierwszym meczu ze Śląskiem zdobył dziewięć punktów i miał cztery asysty w ciągu 17 minut. Za ten mecz powinien dostać 4+, a może nawet piątkę. Ale potem było gorzej - także dlatego, że wrócił syn marnotrawny Łukasz Wilczek i dla Kowalczyka zostały ogryzki minut. Ocena: grał zbyt mało Maciej Kucharek (5 meczów, 3,0 punktu, 0,4 zbiórki, 83 proc. za trzy, średnio 5 minut) Trochę chłopak rzuca, nie? W swojej krótkiej karierze w TBL - Kucharek dołączył do zespołu razem z Kowalczykiem i Filipem Nowickim - trafił pięć z sześciu trójek. Imponujące, a jeśli się utrzyma... 19-letni wysoki/silny skrzydłowy na razie jest tylko wysoki. Chudy i wiotki koszykarz jest jednak odważny (podobnie jak Kowalczyk), nie boi się rzucać, jak ma pozycję. Z racji warunków fizycznych może mieć lepszą przyszłość niż Kowalczyk. Ocena: grał zbyt mało Michał Michalak (19 meczów, 7,2 punktu oraz 1,4 asysty, 40 proc. za trzy, średnio 16 minut) Uciekł z Warszawy do Łodzi - zamienił stryjek siekierkę na kijek... - gdzie będzie grał więcej. I właśnie brak minut był problemem Michalaka w Politechnice - przebić się przed Pamułę i Ponitkę nie było łatwo. Co nie oznacza, że Michalak jakoś wyraźnie odstaje od nich umiejętnościami. Pamiętam jego momenty. Sekwencje dwóch, trzech, czasem czterech akcji, w których 18-latek grał koncertowo. Ale to były właśnie tylko momenty, mam wrażenie, że nie mógł się rozkręcić. Nie licząc graczy, którzy dołączyli w trakcie, grał najmniej. Ocena: 4 Jarosław Mokros (24 mecze, 6,7 punktu oraz 3,7 zbiórki, 42 proc. z gry, średnio 22 minuty) Marcin Gortat po krótkim pobycie na zgrupowaniu reprezentacji Polski w Legionowie był ponoć pod wrażeniem właśnie Mokrosa, ale ja bym tego nie powiedział. Z drugiej strony - Mokros nie jest graczem, który robi wrażenie. Próbuje bronić, zbierać, walczyć pod koszem. Punkty ciuła, zdarza mu się trafiać z dystansu. Mokros nie od dziś przypomina mi trochę młodego Karwowskiego. W porównaniu ze swoim poprzednim sezonem w ekstraklasie zrobił postęp - gra więcej, zdobywa więcej punktów i zbiórek. Ocena: 3+ Michał Nowakowski (22 mecze, 9,1 punktu oraz 3,6 zbiórki, 50 proc. z gry, średnio 22 minuty) Lubię grę tego gościa. Za mały na wysokiego skrzydłowego, za mało zwrotny na niskiego, Nowakowski potrafi się jakoś w TBL odnaleźć. W pierwszych czterech spotkaniach rzucał po 15,5 punktu w największym chyba stopniu wykorzystując to, że rywale go nie znali. Trafiał z półdystansu, był skuteczny. Potem przyszły gorsze chwile - Nowakowski skręcił kostkę, a kostki w jego przypadku to zmora. Przez kilka tygodni wracał do formy, grał nierówno, ale ostatnio trzyma solidny poziom. Filipem Dylewiczem nie będzie, ale ma dobry sezon. Ocena: 4- Filip Nowicki (5 meczów, 2,6 punktu oraz 2,0 zbiórki, 55 proc. z gry, średnio 10 minut) Najbardziej skorzystał na kłopotach klubu i starszych kolegów - 18-letni środkowy gra sporo, stara się, walczy, ale... Kurczę, nic więcej nie potrafię o nim napisać. To wciąż gracz, na którego nie zwraca się jeszcze uwagi. Ocena: grał zbyt mało Piotr Pamuła (23 mecze, 12,2 punktu oraz 1,3 asysty, 39 proc. z gry, średnio 27 minut) Mam wrażenie, że od żadnego gracza nie zależało tyle w Politechnice, co od Pamuły. Owszem, najlepszym strzelcem zespołu był Ponitka, ale to Pamuła był barometrem. Jak grał dobrze, jak trafiał, zespół często wygrywał. Jak grał słabo - przegrywał. W sześciu zwycięstwach Pamuła rzucał po 15,8 punktu, w 18 porażkach - po 10,8. Mnie 22-letni koszykarz rozczarował. Dlaczego? Bo po dobrym sezonie w I lidze, po udanych epizodach w kadrze, po ekstraklasowych doświadczeniach z sezonu 2009/10, Pamule zdarzały się takie mecze jak z Siarką (oba przegrane nisko, gdzie rzucający Politechniki miał 2/11 i 2/9 z gry) czy spotkanie u siebie z ŁKS (też przegrane, 3/12). I proszę, nie piszcie, że jest młody itd... Ocena: 3+ Patryk Pełka (24 mecze, 7,0 punktu oraz 3,7 zbiórki, 50 proc. z gry, średnio 19 minut) Grał trochę jak Nowakowski - nierówno, ale z dobrymi momentami. To tak, jak Pamuła, powiecie. Owszem, odpowiem. Ale od Pełki i Nowakowskiego wymagaliśmy jednak mniej niż od reprezentanta Polski. A Pełka, na przełomie października i listopada, a także w lutym, był jednym z najlepszych koszykarzy zespołu. 23-letni gracz już nie tylko zbierał piłki i dobijał w ataku, ale też trafiał z kilku metrów, a nawet za trzy punkty. W ostatnich meczach miał 4/6 za trzy, ale nie tylko dlatego dobrze wykorzystał dodatkowy czas gry, jaki dostał ze względu na kontuzje Karwowskiego i Kolowcy. Chociaż, z konieczności, musi grać jako środkowy. Ocena: 4- Mateusz Ponitka (24 mecze, 12,5 punktu oraz 4,2 zbiórki, 52 proc. z gry, średnio 22 minut) Grę Ponitki przeanalizowałem na Warszawa.sport.pl przepytując i najlepszego strzelca drużyny, i eksperta TVP Sport Mirosława Noculaka. To chyba wyczerpuje temat. Ale powtórzę jeszcze: jego indywidualne występy często były jedyną rzeczą, która przyciągała wzrok w spotkaniach słabej Politechniki. Choć wiadomo, że ma Ponitka jeszcze sporo do poprawienia (rzut, decyzje). Ocena: 4+ Marek Popiołek (24 mecze, 3,8 punktu oraz 1,6 asysty, 38 proc. z gry, średnio 17 minut) Topornie szło Popiołkowi rozgrywanie, ale należy pamiętać, że to nie jest rozgrywający. Na tej pozycji ten rzucający gra z konieczności i to widać - dogrywanie piłek, kreowanie pozycji kolegom, asysty nie są jego domeną. W pierwszej części pierwszego etapu był jednak tylko zmiennikiem, zapchajdziurą po Łukaszu Wilczku, ale potem, gdy ten zaczął szukać klubu, Popiołek zaczął grać więcej i... wstydu nie było. W Koszalinie, gdzie Politechnika niespodziewanie pokonała ŁKS, był nawet powód do dumy (osiem punktów, sześć asyst). Ocena: 3 Łukasz Wilczek (21 meczów, 4,6 punktu oraz 4,7 asysty, 34 proc. z gry, średnio 24 minuty) Zaczął od 48 asyst w pierwszych siedmiu meczach - biegał po całym boisku, strefę podkoszową eksplorował w poprzek i znajdował kolegów: Nowakowskiego, Kolowcę, Karwowskiego... Ładnie mu to wychodziło, wydawał się silnym punktem zespołu. Ale kiedy rywale zorientowali się, że Wilczek nie potrafi rzucać - bo nie potrafi - źródełko wyschło. Rozgrywający Politechniki trafił w tym sezonie tylko pięć rzutów za trzy, skuteczność z gry rzadko dobijała do 50 proc. Odpuszczany Wilczek przestał stwarzać zagrożenie - w 14 ostatnich meczach asyst miał zdecydowanie mniej, w sumie 51. Z rytmu wybiło go na dodatek nieudane - jak się okazało - poszukiwanie klubu. Ocena: 3
poniedziałek, 13 lutego 2012
Kto w gorszym stanie - Legia czy Sporting?
Legia nie miała możliwości rozegrania próby generalnej - mecz o Superpuchar z Wisłą Kraków, który był do tego doskonałą okazją, został odwołany. Sporting przegrywa mecz za meczem - odpadł z Pucharu Ligi, przegrał ostatnio w lidze z nieco niżej od siebie notowanym zespołem. Legia nie wzmocniła się żadnym poważnym piłkarzem, a straciła Ariela Borysiuka i traci właśnie Macieja Rybusa. Nawet, jeśli ten drugi ze Sportingiem zagra, to z punktu widzenia zespołu przed tak ważnymi meczami, zamieszanie dotyczące jego osoby nie jest pożądane. W Sportingu też o wzmocnieniach nie słychać - do Lecce wypożyczono sprowadzonego za 2,5 mln euro napastnika Walerego Bożinowa, który kłócił się z kolegami i nie respektował decyzji trenera. Byłego trenera zresztą - Domingos Paciencia podał się w poniedziałek do dymisji. W Legii zabraknie w czwartek Miroslava Radovicia, a jego rodak Danijel Ljuboja może nie być w pełni sprawny. Z efektywnego ofensywnego duetu Legii zostaje ile - 30, 40 proc? W Sportingu przynajmniej o kontuzjach jakoś ciszej. Odwrotnie - do zdrowia wracają ważni gracze: napastnik Ricky van Wolfswinkel i Stijn Schaars. Ale ogólnie w obu zespołach, które zmierzą się w czwartek w pierwszym meczu 1/16 finału Ligi Europejskiej, nie jest wesoło. Dlatego, przewrotnie, nie pytam o to, kto jest w lepszej formie. PS Tak, jestem tu nowy, a Legia to dotąd obszar mi nieznany. Ale niedawno ruszyliśmy z serwisem Warszawa.sport.pl i od razu wszystkie stołeczne drużyny wydają mi się bliższe. Poza tym - niczego w tym wpisie nie przesądzam, tylko pytam Was o zdanie.
wtorek, 31 stycznia 2012
Michał Michalak i jego 31 punktów
Zrobiło wrażenie, prawda?
fot. Rafał Podleśny Mateusz Ponitka z AZS Politechniki Warszawskiej miał kilka świetnych wsadów i mecz z 17 zbiórkami. Przemysław Karnowski z Siarki Jezioro Tarnobrzeg miał spotkanie, w którym trójką w ostatniej sekundzie doprowadził do dogrywki, a jego zespół ją wygrał. Ponitka swój punktowy rekord ustanowił w Tarnobrzegu - rzucił 22 punkty. Karnowski, też w Tarnobrzegu, rzucił raz 27 punktów. Michał Michalak, od niedawna reprezentujący ŁKS Łódź, przebił ich zdobywając w sobotę 31. W Tarnobrzegu, rzecz jasna. Jego ŁKS po raz kolejny został zmieciony z boiska - przegrał z Siarką 76:105. Ale zostawmy to na boku, ekscytujmy się występem Michalaka. W końcu rzadko się zdarza by 18-letni koszykarz zdobył w Tauron Basket Lidze ponad 30 punktów. Ktoś taką sytuację pamięta? Michalak, co trochę nam umknęło podczas ekscytacji - uzasadnionej - Ponitką i Karnowskim, to wielki talent. To on, chłopak z Pabianic, który przez ŁKS trafił do Politechniki, by niedawno wrócić do Łodzi, był kapitanem reprezentacji z roczników 1993-94. I, tak jak Ponitka - choć może nie w tak spektakularnym stylu - rozgrywał w niej bardzo dobre mecze na mistrzowskich turniejach w ostatnich latach. Ja pierwszy raz zobaczyłem go w akcji 9 listopada 2009 roku i, co lubię podkreślać przy okazji, uznałem go za gracza lepszego od Ponitki. Na starym blogu pisałem wówczas o nim tak: [...] jest znakomitym materiałem na świetnego rzucającego. Nie przesadzam - ten gość trafia. I nie są to trafienia, kiedy piłka - zanim wpadnie do kosza - urządza sobie wycieczkę po po obręczy. Michalak rzuca tak, że siatka strzela. Oczywiście nie zawsze, ale ułożenie nóg, ciała i ręki wskazują, że mamy do czynienia z naturalnym talentem strzeleckim. Kiedy Michalak wychodzi po piłkę po zasłonie, potrafi wykonać szybki i zdecydowany kozioł do przodu, zatrzymać się na piątym metrze i prostować rękę. Taką akcję, po której padały punkty, pokazał kilkakrotnie. Trafiał też za trzy, a podanie do otwierającego się pod kosz po zasłonie Mokrosa pokazało, że Michalak potrafi po prostu dobrze grać w koszykówkę. Wychowanek ŁKS Łódź ma 194 centymetry wzrostu, pięć rozegranych spotkań w obecnym sezonie I ligi, wielkie szczęście, że trafił do Polonii 2011 i szanse na zrobienie poważnej kariery. Zapamiętajcie to nazwisko! W tym sezonie Michalak, ustawiany w Politechnice za Piotrem Pamułą, a także za Ponitką, miewał mecze lepsze i gorsze. Czy czuł, że jest w cieniu kolegów z reprezentacji juniorów? W Politechnice dostałem taką rolę, jaką dostałem. Starałem się wykorzystać te minuty, które miałem na boisku. Na początku to akceptowałem. Miałem mecze lepsze, gorsze, bywało tak, że udawało mi się grać skutecznie, ale potem przyszedł kryzys. Szału nie było. Zespół mieliśmy młody, wyrównany, a minut dla mnie - za Pamułą i Ponitką - wiele nie zostawało. Ale starałem się wykorzystać to, co miałem. Nie było łatwo, ale to pierwszy sezon w ekstraklasie, więc trzeba było przestawić się na inny poziom. Z drugiej strony, jak na debiut, jak na pierwsze mecze, nie było też źle. Starałem się rozkręcać. Dobrze czuję się na takim poziomie. W Politechnice Michalak rozegrał 19 spotkań - grał średnio po 16 minut, zdobywał po 7,2 punktu na mecz przy 40 proc. skuteczności. Najwięcej, 15 punktów, zdobył przeciwko ŁKS w przegranym meczu w Warszawie. Pod koniec stycznia zmienił klub. Dlaczego? Bo chciałem występować w nieco innej roli i - jak pokazał pierwszy mecz w ŁKS, w którym wyszedłem w pierwszej piątce - jest to możliwe. W Tarnobrzegu dostałem wiele minut, mogłem się pokazać, a jak zaczęło mi iść, to trener zaczął na mnie stawiać. Ja bardzo dobrze czuję się wtedy, kiedy wychodzę na pozycje po zasłonach, kiedy rozgrywam akcje dwójkowe mając piłkę - mogę podawać do kolegów lub kończyć akcje samemu. Nie sposób było nie zapytać Michalaka właśnie o ten mecz z Siarką i 31 punktów. Jak to zrobiłeś, chłopaku?! Normalnie, wyszedłem sobie na mecz, byłem bardzo zmobilizowany, żeby pokazać się w pierwszym meczu w nowym klubie. Chciałem dobrze zagrać, chciałem pomóc zespołowi. Starałem się. Byłem
w dobrej dyspozycji, trafiałem, a koledzy dawali mi grać. Dużo akcji, z
których padały moje punkty, to były akcje z zasłoną, a ja grałem z
piłką. Gracze Siarki zmieniali obrońców, ja zostawałem z wysokim i
miałem możliwość grania jeden na jednego. Trochę biegałem po zasłonach,
ale graliśmy też z kontry - wiadomo, mecz z Siarką w Tarnobrzegu wymaga
tego, żeby dostosować się stylem gry do gospodarzy. Głównie jednak
punktowałem po akcjach z zasłoną. A skoro koszykarze Siarki z założenia przejmowali po zasłonach, to Michalaka musiał także pilnować... kolega Karnowski:Tak, miałem okazję zagrać z nim dwa czy trzy razy. Z tego, co pamiętam, to rzuciłem mu dwie trójki w twarz. Był blisko, ale mnie nie zablokował. Starałem się wykorzystać te zmiany krycia Siarki. Michalak wypowiedział to ze śmiechem. Umiarkowanym, rzecz jasna. Na filmowym skrócie z meczu z Siarka - ŁKS można zauważyć, że kilka razy świetnie (i dość łatwo) wykorzystał zamianę krycia. Pół żartem, pół serio pytam Michalaka, czy teraz cały czas będzie tak rzucał, tak grał? Wiadomo, że chciałoby się grać tak zawsze, ale rywale dostosują defensywę do naszej drużyny. Ja chcę jednak utrzymać formę, bo wiadomo, że na tym poziomie nie można pokazywać tylko jednorazowych wybryków, tylko regularnie dobrze grać. A nawet, jak będę miał gorszy dzień w ataku, to będę próbował pomóc drużynie w obronie lub na rozegraniu. W pierwszym meczu zagrałem dobrze, ale zespół przegrał. Chcemy to poprawić. Chciałbym utrzymać formę, żeby pomóc ŁKS. Skaczemy z tematu na temat, w końcu nie robię normalnej rozmowy, tylko wypytuję pod kątem notki na blog. Jak przebiegło rozstanie z Politechniką? Pożegnaliśmy się spokojnie. Odchodząc z drużyny rozmawiałem z każdym - z trenerami, z prezesem. Rozumieli moją decyzję, choć trener Mladen Starcević podszedł do tego emocjonalnie, mówił, że to jego porażka, że chciałby, abym został do końca sezonu. Ale dodał też, że zależy mu na moim rozwoju i jeżeli podjąłem taką decyzję, to on ją akceptuje i życzy mi powodzenia. Czy to była dobra decyzja? Ocenimy ją z perspektywy czasu. Michalak to tegoroczny maturzysta. Zmiana klubu, miasta, oznacza także zmianę szkoły. Chociaż nie, nie w tym przypadku: Szkoły nie zmieniłem, będę do niej rzadziej chodził. Ustaliłem, że będę pojawiał się raz na jakiś czas - staram się być na lekcjach raz w tygodniu, dojeżdżać do Warszawy, resztę dorabiam we własnym zakresie. W Łodzi uczę się indywidualnie. Maturę będę zdawał z rozszerzonej matematyki, rozszerzonego angielskiego, z polskiego, a na dodatkowy przedmiot wybrałem sobie historię. Szczególnie interesuje mnie historia najnowsza. Motywacja do zmiany klubu była dla Michalaka oczywista - więcej gry na boisku. Tu, na razie, zmiana jest zdecydowanie na plus. Młodego gracza na dorobku nie powinno się pytać o finanse, ale akurat zamiana upadającej Politechniki na upadający ŁKS wygląda... No właśnie, jak? Ja w ŁKS znam bardzo dobrze praktycznie wszystkich. Z zewnątrz sytuacja wygląda pewnie tak, że jest to słabo zorganizowany klub, walkower z AZS Koszalin nie prezentował się za dobrze, ale zapewniono nas, że wszystko ma się zmienić na lepsze. Właściciel ma kłopoty z sekcjami piłkarską i koszykarską, ale sezon dogramy i mam nadzieję, że zaczniemy wygrywać mecz. Mecz. Najbliższy mecz to niedzielne spotkanie z... Politechniką. To jest dla mnie kolejny mecz. Wiadomo, że są podteksty, ale mobilizuję się na to spotkanie tak, jak na dotychczasowe. Będę starał się pomóc drużynie, chcemy wygrać. Tym bardziej, że gramy z sąsiadami z tabeli. Dobra, dobra kolego - przerywam. Michalak kontra Ponitka, a ty mi tu takie frazesy?! Koszykarz się zaśmiał, ale jest twardy: Będziemy grali przeciwko sobie, ale tak, jak z każdym innym zawodnikiem. Zawsze chcesz zatrzymać swojego przeciwnika i rzucić mu jak najwięcej punktów. Ja tak do tego podchodzę i chcę wygrać każdy pojedynczy pojedynek. Teraz będę bardzo zmobilizowany, bo to moja była drużyna. A ja, dzięki Michalakowi, zmobilizuję się, by w końcówce sezonu poświęcić trochę więcej uwagi ŁKS.
Trefl czy Turów - kto lepszy?
W walce o mistrzostwo Polski liczy się jeszcze wiele drużyn, w tym kilka silnych, nieobliczalnych: Asseco Prokom Gdynia, Anwil Włocławek, Energa Czarni Słupsk, Zastal Zielona Góra... Ale nie ulega wątpliwości, że najlepsze są w tej chwili Trefl Sopot i PGE Turów Zgorzelec. Tylko który z tych dwóch zespołów jest lepszy?
fot. figurski.com.pl Rzut oka na tabelę Tauron Basket Ligi, w której z bilansem 17-5 prowadzi Trefl przed Turowem (15-6), sugeruje, że lepszy jest Trefl. Rzut oka na wyniki spotkań tych drużyn w tym sezonie - również, bo dwukrotnie wygrywali sopocianie. Sęk tym, że wyniki - zwycięstwo 86:83 po dogrywce, do której trójką równo z końcową syreną doprowadził Łukasz Wiśniewski, oraz wygrana 87:86 w Zgorzelcu, gdzie Ronald Moore minimalnie spudłował rzut w ostatniej akcji Turowa - przekonujące nie są. Podobnie jak tabela na finiszu pierwszej fazy rozgrywek. Pytanie brzmi: który zespół ma większe szanse na zwycięstwo w serii? Przyjmijmy nawet, że tej finałowej, w której trzeba wygrać cztery spotkania. Oba zespoły utrzymali w składach kluczowych koszykarzy, mają tych samych trenerów, a zatem sięgnięcie do poprzedniego sezonu i historii ich rywalizacji w play-off jest uprawnione. Ale też nie pomaga - Turów wygrał morderczy półfinał 4-3, ale przecież Trefl był bliski zwycięstwa w meczu nr 5 na wyjeździe. O awansie Turowa do finału decydowały niuanse. Co wiemy o obu zespołach w tym sezonie? Trefl ma wielu byłych i obecnych reprezentantów Polski z Łukaszem Koszarkiem i Filipem Dylewiczem na czele, ale i Adamem Waczyńskim oraz Łukaszem Wiśniewskim, którzy mogą decydować o wynikach meczów. John Turek to w tej chwili najlepszy moim zdaniem środkowy TBL, a Marcina Stefańskiego i Jermaine'a Malletta stać na to, by z drugiego planu zaskoczyć rywala i dać swojej drużynie coś ekstra. Saulius Kuzminskas, który niedawno zastąpił Chrisa Burgessa, to zagadka. Znany już z Sopotu Litwin ma problemy z kontuzjami, w tym sezonie już dwa razy zmieniał kluby - dopiero okaże się, co jest w stanie dać Treflowi. Turów nie ma gwiazd, o których mówi się wiele, ale Daniel Kickert jest znakomitym, jak na polską ligę, podkoszowym. David Jackson i Konrad Wysocki to liderzy, ale grający do zespołu. Błyskotliwy Ronald Moore jest jednym z najszybszych i najładniej podających rozgrywających TBL. Turów to jednak przede wszystkim potężny zestaw podkoszowych - Kickert, ale także znakomity w dwóch ostatnich meczach John Edwards, solidny Dallas Lauderdale i kontuzjowany w tej chwili Michał Gabiński wsparci walecznym Wysockim i wszechstronnym Aaronem Celem... Mocna grupa! Upraszczając: Trefl to siła na obwodzie, Turów to potęga pod koszem. Trefl to finezja i polot, Turów siła i niszczenie. Trefl to improwizacja, Turów to dyscyplina. Ale powtarzam - to uproszczenie, bo Turek jest świetnym środkowym, Moore jest wirtuozem w kontrze, Stefański potrafi rywala rozszarpać, a Jackson seriami zdobywać punkty. Trefl i Turów różnią się jednak także, jeśli chodzi o trenerów. Karlis Muiznieks to raczej typ flegmatyka, którego mocno - choć ostatnio coraz mniej słusznie - trzyma się łatka szkoleniowca przegrywającego zacięte końcówki. Zdarza się, że decyzje Muiznieksa dziwią, zdarza się, że brakuje mu konsekwencji. Ale faktem jest także, że w drugiej rundzie pierwszej fazy Trefl ma bilans 9-1 i gra lepiej niż na początku sezonu. Impulsywny Jacek Winnicki w Turowie wymaga żelaznej dyscypliny, gra szerokim składem, jest chwalony za konsekwentą grę zespołu i... też zdarza mu się przegrywać końcówki (jednym z Czarnymi oraz PBG Basket Poznań). Turów zaliczył kilka wpadek - także w Kołobrzegu czy w Koszalinie. To są jednak porażki, które - identycznie zresztą jak w przypadku Trefla - mają niewielkie znaczenie. Koszarek, którego pytałem na początku sezonu o jednopunktowe przegrane we Włocławku i w Słupsku słusznie zauważał, że lepiej zgubić tak punkty na początku sezonu i wyciągnąć z takich porażek wnioski. To kto lepszy - Trefl czy Turów? Dla mnie, po długim zastanowieniu, Trefl nie jest lepszy. Wiem, pokrętnie to przedstawiam, ale taki problem mam z odpowiedzią na to pytanie. Trefl jest twardszy i ma lepszych liderów (Koszarek!) niż rok temu, ale jednak węższa rotacja, słabszy zmiennik na kluczowej pozycji (Vonteego Cummings) i ograniczona - w porównaniu z Turowem - rotacja pod koszem sprawiają, że w serii play-off, w którym liczą się przede wszystkim zbiórki, obrona i dyscyplina, więcej atutów widzę w zespole Winnickiego. I zaliczam do nich także trenera. Ale znów - to opinia na teraz, na dzisiaj. Nie wiem, w jakiej formie jest Kuzminskas, nie wiem, czy forma Edwardsa to podwójny wyskok czy tendencja, która się utrzyma. Wiem jednak, że ewentualny finał Trefl - Turów jawi się w tym sezonie na najciekawszy z możliwych. Jestem za!
piątek, 27 stycznia 2012
Buty milowe
W połowie lat 90. chorowałem na dwunastki, czarno-czerwone, znane m.in. z "The Flu Game". ... Rany, obejrzałem ten skrót z linku i wzruszyłem się prawie do łez... Ale do rzeczy - dwunastek nigdy ostatecznie nie miałem, grywałem w innych modelach Nike, a także w pompowanych reebokach Shaq Attaq, czy butach marki L.A Gear (też mówiliście na nie "ledżery"?). Ale te dwunastki wciąż siedzą mi w głowie:
Tekst do "Gazety Wyborczej" o fenomenie jordanów napisałem jednak pod wpływem tego, co działo się w USA tuż przed świętami. Pisząc dowiedziałem się wielu ciekawych rzeczy: W szkole grał w adidasach, w uniwersyteckiej drużynie North Carolina w
converse'ach, a w butach Nike nie podobały mu się poduszki powietrzne w
podeszwie. Narzekał, że czuje się, jakby grał na obcasach. Ale własna
linia butów to coś wielkiego. Reebok i Adidas umową z Jordanem nie były
zainteresowane, więc Vaccaro dał mu do podpisu pięcioletni kontrakt na
2,5 mln dolarów. Zapraszam do lektury. A na stronie Nike warto zerknąć na "History of Flight". PS. Tak, blog wrócił z wakacji.
sobota, 14 stycznia 2012
Mecz gwiazd TBL na Twitterze
W sobotę w Katowicach, w Spodku, Mecz Gwiazd Tauron Basket Ligi. Sport.pl za sprawą mojej osoby, ale nie tylko, będzie na nim obecny. Zapraszam na relację na Twitterze, która już trwa.
piątek, 13 stycznia 2012
Najniższy koszykarz w historii ligi?
Przed sobotnim meczem gwiazd Tauron Basket Ligi w Katowicach o jednym z rezerwowych drużyny Południa (z grudniowego numeru "MVP"):
fot. Grzegorz Bereziuk KIESZONKOWY REKIN - W walce nie ma
znaczenia, jaki jesteś duży. Liczy się tylko to, jak dużą chęć walki
masz w sobie - usłyszał kiedyś Josh Miller od swojego ojca. Amerykanin z
Siarki Jezioro , czołowy rozgrywający Tauron Basket Ligi, jest -
prawdopodobnie - najniższym koszykarzem w historii polskiej ekstraklasy.
Mierzy 170 cm wzrostu. Albo 169. A w zasadzie to 168... Miller jest prawdopodobnie, a nie na pewno, najniższym w historii, bo weryfikacja danych na ten temat jest praktycznie niemożliwa. Nie dość, że dotarcie do skarbów kibica sprzed kilkudziesięciu lat jest trudne, a w gruncie rzeczy to nie ma pewności, że takowe istnieją, to na dodatek te bardziej współczesne nie zawsze są wiarygodne. Uważani do niedawna za najniższych Tomasz Kwasiborski z Pruszkowa i Robert Szczerbala ze Stargardu Szczecińskiego w rubryce wzrost mieli wpisywane po 171 cm, choć ten pierwszy, na pytanie, ile ma wzrostu, odpowiada: - Miarki były różne, ale najczęściej wychodziło, że mam 170 cm bez butów. Kwasiborski i Szczerbala grali w ekstraklasie w latach 90., po nich tak kieszonkowych rozgrywających na tym poziomie nie oglądaliśmy na pewno. A przed nimi? Jeden z najsłynniejszych Amerykanów w historii ligi, Kent Washington, który na przełomie lat 70. i 80. grał w Starcie Lublin, Zagłębiu Sosnowiec i filmie „Miś”, miał 174 cm wzrostu. Pytani o najniższych graczy ekstraklasy byli świetni koszykarze i trenerzy Mirosław Łopatka i Dariusz Szczubiał wspominają właśnie jego. Innych, grających w latach 70. lub wcześniej, nie pamiętają. Mikrusów nie pamięta też najlepszy polski trener w historii Witold Zagórski, były gracz Polonii i Legii Warszawa, też poniżej 180 cm wzrostu: - Zmobilizowałem resztę moich szarych komórek, ale zawodników poniżej 170 cm nie mogę sobie przypomnieć - mówi z charakterystyczną dla siebie autoironią 81-letni obecnie trener. - Grali wtedy tacy, jak Wicek Wawro, ale on mierzył 176 cm - wspomina Zagórski. Wawrę warto wspomnieć z dwóch względów - po pierwsze: był wyjątkowo przebojowy. - Kozłował jak Murzyn z Harlem Globetrotters, a robił przy tym takiego zeza, że przeciwnik zupełnie tracił orientację - wspominał 70-krotnego reprezentanta Polski znakomity koszykarski dziennikarz Łukasz Jedlewski. Po drugie: te jego 176 cm wzrostu pozwala nawiązać do czasów przedwojennych, kiedy w lidze, w zespole Polonii, ale także w reprezentacji Polski, która w 1939 roku zdobyła brązowy medal mistrzostw Europy na Litwie, grał mierzący właśnie tyle Bohdan Bartosiewicz, ówczesny... środkowy. Ligowi rozgrywający mogli więc być znacznie niżsi. Teraz już rozumiecie, dlaczego Miller jest tylko prawdopodobnie najniższym koszykarzem w historii polskiej ligi? Jak on w ogóle może grać? 170 cm Millera, które podaje oficjalna strona ligowa, też nie są pewne. 24-letni zawodnik ma, co ciekawe, dwa profile w największej na świecie bazie koszykarzy Eurobasket.com - ten, w którym obecny gracz Siarki nazywany jest Cookie, obejmuje dwa lata na niezłej uczelni Nebraska, gdzie Miller grał m.in. z Aleksem Mariciem - znanym z Euroligi australijskim środkowym serbskiego pochodzenia. Drugi, już z Joshem w nazwie, uwzględnia dwa sezony w West Virginia State z drugiej dywizji NCAA oraz obecny pobyt w Tarnobrzegu. Według pierwszego Miller ma 170 cm, według drugiego - 169. Zawodnik, pytany o prawdziwą wersję, zgodnie z amerykańską miarą odpowiada, że ma pięć stóp i siedem cali. Kwasiborski o wzroście koszykarzy z USA pół żartem, pół serio mówi tak: - Amerykanie, nie dość, że czasem mierzą się w butach, to na dodatek często kurczą się w samolocie. - Josh ma 170 cm w butach, 168 bez nich - rozwiewa wątpliwości Bogusław Jarek, kierownik Siarki. Ale sekundę później, po esemesie od Jakuba Wojczyńskiego, z którym zastanawiałem się nad wielkością Millera, wątpliwości wracają: „168 cm, ale z włosami czy bez?” - pyta z uśmiechem dziennikarz „Przeglądu Sportowego”. Przywołanie nazwiska kolegi Wojczyńskiego podczas pisania o Millerze jest istotne, bo to on oglądał przedsezonowy turniej Mazovia Cup w Legionowie, gdzie mikrus z Siarki błysnął po raz pierwszy. „Spiker szczególnie upodobał sobie rozgrywającego Siarki Tarnobrzeg Josha Wendella Millera, który w niedzielę miał na dodatek dzień konia i zdobył 24 punkty w czwartej kwarcie. Amerykanin chyba też nakręcał się dzięki spikerowi. Nie mógł zrozumieć, co pan mówi przez mikrofon, ale krzyki „Weeeeeeeeeendeeeeeell Milleeeeeeeeeeeer” były jednoznaczne.” - pisał dziennikarz na swoim blogu. Miller w Legionowie dostał trzy nagrody - dla MVP i najlepszego strzelca turnieju, a także za miejsce w piątce. A Wojczyński od siebie dodawał: „Ten koszykarz kompletnie nie przypomina... koszykarza. 168 centymetrów wzrostu i strasznie krótkie ręce. Widząc go przed rozgrzewką zastanawiałem się jak on w ogóle może grać...” Po kilku tygodniach przekonaliśmy się wszyscy, że może. I to bardzo dobrze. Lider Lakers Skąd Miller wziął się w Tarnobrzegu? Zawodnika, który przez dwa lata solidnie grał w Nebrasce (w swoim drugim, lepszym sezonie Miller miał po 7,3 punktu oraz 3,6 asysty w meczu), a potem ze względów rodzinnych przeniósł się do Zachodniej Wirginii (w słabej drużynie był gwiazdą rzucającą ponad 30, a nawet 40 punktów w meczu) wypatrzył Szczubiał, który do przebojowych graczy z USA ma wyjątkowe oko. - Kiedy wybierałem go do Siarki, nie miałem świadomości jego wszystkich atutów - przyznaje trener. - Na kampie w USA widziałem go w dwóch meczach, ale wiadomo, że takie spotkania znacznie różnią się od ligowych. Oglądałem też jednak Josha na DVD, a przy wyborze kierowałem się także względami ekonomicznymi - jako świeży absolwent słabej uczelni był relatywnie tani. Stwierdziłem, że zaryzykuję i choć może jeszcze za wcześnie na podsumowania, to wydaje mi się, że to był dobry ruch - mówi Szczubiał. Oglądając Millera i patrząc na jego statystyki w połowie grudnia (16,0 punktu, 5,3 asysty i tylko 1,8 straty na mecz) trudno się z doświadczonym trenerem nie zgodzić. Miller dowodzi Siarką, która głównie dzięki niemu jest tak efektownie grającym zespołem, że żartobliwy przydomek Lakers pochodzący od Jeziora w nazwie bywa adekwatny. Amerykanin długo myślał co prawda, że nazwa jego zespołu to Rekiny, bo wymowa słowa „siarka” przypominała mu angielskie „shark”, ale Lakers też mu się podobają. Miller gra jak typowy mikrus - jest szybki, piekielnie szybki, piłkę kozłuje tuż nad boiskiem, momentami sprawia wrażenie, jakby toczył ją po parkiecie. Potrafi łatwo minąć swojego rywala, a że zostawianie go bez obrońcy kilka metrów od kosza jest czekaniem na stratę punktów, to do Millera doskakują pomagający obwodowym wysocy. Amerykanin doskonale wie jednak, co robić w takich sytuacjach - podawać do wysokich kolegów, od których odszedł obrońca. Wielkim beneficjentem takiego sposobu gry jest m.in. 18-letni Przemysław Karnowski, który często kończy akcje łatwymi wsadami po podaniach Millera. Na marginesie: przy nazwisku Miller pojawiają się czasem Josh, czasem Cookie, czasem Josh Wendell, a zdarza się nawet sam Wendell. Koledzy z drużyny na swojego rozgrywającego mówią jednak Cookie. Liczy się chęć walki Miller gra dla zespołu, ale bywa też egzekutorem - w 2. kolejce rzucił 31 punktów Polpharmie Starogard, w 12. zdobył 29 i miał do tego 11 asyst w pamiętnym spotkaniu z Anwilem Włocławek, który Siarka wygrała 109:104 po dogrywce. Jest też jednak nierówny - w dwóch kolejnych spotkaniach po meczu z Polpharmą rzucił tylko 24 punkty ze słabszymi Kotwicą Kołobrzeg i PBG Basket Poznań. Po wystrzale z Anwilem zdobył tylko sześć punktów z Treflem w Sopocie. Problemem bywa też, rzecz jasna, wzrost. - Zastawianie i wypychanie spod kosza swoich graczy oraz gra w obronie, kiedy rywal ustawia się tyłem do obręczy - tak Miller określa swoje oczywiste słabsze strony. O tym, jak mali powinni sobie z tym radzić, mówi Kwasiborski: - Niscy gracze muszą wywierać presję na atakującego jak najdalej od kosza. Na środku boiska liczą się siła, szybkość, dynamika i tam niskim jest łatwiej. Kwasiborski, Szczubiał, a zresztą każdy zwraca uwagę na to, że kieszonkowi rozgrywający zawsze mają wielkie serce do walki. - Mój ojciec, który też grał w kosza i był niski, jak ja, powtarzał mi, że w walce nie ma znaczenia, jaki jesteś duży. Liczy się tylko to, jak dużą chęć walki masz w sobie - mówi Miller. Szczubiał
tłumaczy: - Charakter i waleczność u niskich graczy są naturalne, bo
oni mają i trudniejszą drogę kariery, i większą konkurencję, bo wiadomo,
że w populacji większość ludzi ma sporo poniżej dwóch metrów wzrostu.
Niskim koszykarzom jest się znacznie trudniej przebić. Miller się przebił i potrafi prowadzić swoje drużyny do zwycięstw. Widać to w Siarce, która w tym sezonie gra zaskakująco dobrze, ale też widać to było w Zachodniej Wirginii, gdzie po tym, jak na początku 2011 roku Miller rzucił 27 punktów i miał pięć asyst w jednym ze zwycięskich spotkań, jego trener Bryan Poore powiedział: - Nie ma znaczenia, że Cookie jest kontuzjowany lub chory. W ważnym meczu chcę go mieć na boisku. To gracz, który wykonuje zwycięskie akcje.
środa, 04 stycznia 2012
Rekordowa Siarka
Sprawdziłem średnie oglądalności dwóch ostatnich meczów Tauron Basket Ligi - okazuje się, że są one bardzo dobre. W skali ligi, rzecz jasna. 30 grudnia hitowe spotkanie Trefla Sopot z Energą Czarnymi Słupsk oglądało od 19 w TVP Sport 36,9 tys. widzów. Trzy dni później, 2 stycznia, mecz Siarki Jezioro Tarnobrzeg z Zastalem Zielona Góra śledziło od 18 w tej samej stacji jeszcze więcej, bo 39,1 tys. osób. Ten drugi wynik to, o ile dobrze pamiętam, najlepszy wynik TBL w tym sezonie. Zbiorcze dane przedstawione w grudniu w blogu Karola Sadowskiego powodują, że trudno mówić o odrodzeniu, stałym wzroście itp., ale blisko 40 tys. to jednak fajniejsze dane niż 20 tys. Dane dotyczące średnich oglądalności spotkań z 30 grudnia i 2 stycznia pochodzą z Nielsen Audience Measurement.
wtorek, 03 stycznia 2012
Rubio z Joventutu
Szybkim zwodem bez piłki oszukał obrońcę, wbiegł pod kosz, dostał podanie, zdobył punkty. Chwilę później miał przechwyt i pobiegł do przodu z kontrą - zwolnił, wstrzymał atak i patrzył. Przebiegł jeden z jego kolegów, nadbiegł drugi. Rubio, stojąc bokiem do nich, wykonał szybkie, idealne podanie w tempo - kosz, faul, akcja trzypunktowa. W kolejnej kontrze Rubio - patrząc na wszystkich i nie patrząc na nikogo - rzucił piłkę nad obręcz, gdzie kawałek wolnego miejsca nad sobą miał środkowy Joventutu. Został sfaulowany i trafił dwa wolne.
Pisząc tekst do Sport.pl o Rickym Rubio przypomniałem sobie, że jeden już o nim napisałem - nieco ponad trzy lata temu, kiedy obejrzałem nastolatka w meczu Cajasol Sewilla - Joventut Badalona. Po meczu z Cajasol zawodnicy obu drużyn wychodząc z hali przechodzili
przez szpaler kibiców. Ten złożył cztery autografy, tamten pozował do
pięciu zdjęć. Michał Ignerski, kapitan Cajasol, po kilku autografach i
zdjęciach mówił: - My to tylko dodatek. Te wszystkie dzieciaki czekają
tylko na Ricky'ego.
|